2 maj 2017

XVI. Wszystko nie to samo

"(...)Wczoraj, kiedy twoje imię            
   ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
  przez otwarte wpadła okno. (...)"
~ Wisława Szymborska "Nic dwa razy"

Rozdział dedykuję Agacie i brzuszkowi. ♥
Dziękuję, że mogę być! 




Nie istniała siła, nie istniały również słowa, które mogłyby zniszczyć relację Gemmy z przyjaciółmi. Nawet ostre wyznanie nikło w okolicznościach — w końcu to one spowodowały wylanie się nieszczerych bluzg. Gabrielle i James długo nie rozpamiętywali bolesnych wrzasków Arterton, którymi wyjawiła podobno to „nienawiść” do nich. Wcale tak nie było, a wsparcie przyjaciół okazało się niezastąpione podczas słabości.
                Tamtego wieczoru nikt niczego nie roztrząsał. Gdy Gemma pojawiła się w pokoju wspólnym u boku Lupina, Potter dopadł ją jako pierwszy i znów wywlókł na chłód korytarzy. Ich śladem powędrowała Gabrielle, nie zamierzając tłumaczyć reszcie dokąd idą. James nawet nie wspomniał o przykrych słowach Gemmy. Wymazał je z pamięci, czule głaszcząc nastroszone włosy przyjaciółki, które po wysuszeniu wyglądały jak koniec szczotki do podłogi. Otulał ramionami i ją, i Hughes, starając się przede wszystkim zapanować nad sobą. W takich okolicznościach skusił się nawet na malinowego dymka — choć za nimi nie przepadał — gdy zaszyli się w ciemnym kącie w labiryncie korytarzy na parterze. Tamtego wieczoru nie odezwał się do Blacka ani słowem, nie stęknął ku niemu i nie uraczył go nawet najdrobniejszym spojrzeniem.
                O sile przywiązania zaś Gemmy do Gabrielle — i na odwrót — przesądziła zbliżająca się noc. Hughes odpuściła sobie wygody swojego łóżka i pomimo względnych teorii o tym co wypada, a co nie, umościła się z przyjaciółką na jednym materacu, zasypiając blisko Arterton. Obie ściskały się w siostrzany sposób, jedna gładziła drugą po włosach, aż nie nadszedł upragniony sen.
                Gemma w końcu przespała całą noc. Czuła się bezpieczna.
                Sny jednak wcale jej nie oszczędziły. Ilekroć nie spychała obrazu Syriusza na bok, znów pojawiał się przed nią i dedukował wszystko co mówiła, wplatając w to śmiech i pobłażliwe rozbawienie. Dawno nie miała ochoty uderzyć go tak mocno jak wtedy, gdy przyszło jej otworzyć oczy. Nawet, jeśli to był tylko sen.
                Gabrielle uchyliła powieki niemal w tym samym momencie co Arterton. Jej szare tęczówki przebiegły w rozespany sposób po burzy włosów przyjaciółki, a potem skryły się za przyozdobionymi długimi rzęsami powiekami. Budzik nieustannie dzwonił, trzaskał metalowymi nóżkami o dębowy blat szafki nocnej, a z jego brzucha raz po raz wysuwał się palec, szturchający plecy Hughes.
                — Zabiję go — wychrypiała Gemma, uderzając twarzą w bawełniane oblicze sponiewieranej poduszki. Gabrielle uśmiechnęła się lekko pod nosem i zgrabnie przewróciła na drugi bok, by dopaść wariujący budzik. Złapała jego metalową otoczkę w smukłe palce i z całej siły rąbnęła nim o blat szafki nocnej.
                 — Już po krzyku. To tylko budzik — wymamrotała cicho i zerknęła przelotnie na resztę łóżek. Dziewczęta zaczęły zwlekać się z materaców z grobowymi minami, a Stopka niewzruszenie wylegiwała się na łóżku Gabrielle, udając dywanik. Jej tylna lewa stopa lekko drżała, a wąsy poruszały się w nierytmiczny sposób, tańczyły na pohybel sennej myszy!
                Gemma uniosła się nieco, wbijając w przyjaciółkę parę opalizujących oczu — tego poranka wyjątkowo zaczerwienionych i opuchniętych. Gdy Hughes pochwyciła to spojrzenie, w lot pojęła o co chodziło przyjaciółce.
                 — Nie chodziło ci o budzik — wydedukowała, na co brunetka wzburzenie pokręciła głową. — Syriusz?
                Arterton skrzywiła się na dźwięk tego imienia. W mgnieniu oka usiadła na materacu i poprawiła na sobie powykręcany T -shirt z nadrukiem Elvisa, „odziedziczony” po tacie. Chwilę motała się w za szerokim ubraniu, a gdy wyswobodziła się z niego, rozłożyła je na kufrze. Jakoś niekoniecznie wstydziła się pokazać w samej bieliźnie przed przyjaciółkami, choć i tak żadna nie zadała sobie trudu, by zwrócić na to zbyt wielką uwagę. Były one bowiem pogrążone w poszukiwaniu swoich części garderoby. Mało tego — z wiekiem i czasem spędzonym wspólnie, ludzie zapominali o wstydzie. Arterton nadęła policzki, wciskając się w koszulę.
                 — Zajął nawet moje sny. Niech się odwali, bo opowiem mu bajkę o wężu.*
                Z drugiego końca sypialni dobiegło ciche parsknięcie, należące do Leanne. Nie potrwało ono zbyt długo. Gdy błyszczące w lekkim półmroku oczy Gemmy spoczęły na kuzynce, Attenborough w lot pojęła, że to nie był dobry dzień do żartów. Głowa Leanne opadła w dół, a potargane snem włosy przykryły do połowy dziewczęcą twarz, gdy ta zaczęła wciskać się w szkolny mundurek. Arterton kiwnęła zaraz głową w sposób niemal despotyczny, jakby chciała powiedzieć, że jest o wiele lepiej, gdy Attenborough milczy.
                Ciche westchnienie Gemmy rozdarło napiętą atmosferę, którą jeszcze chwilę wcześniej można było kroić nożem. Gryfonka potarła palcami swoją skroń, przysiadając na łóżku tylko po to, aby wcisnąć na nogi wysokie skarpetki. W duchu modliła się, aby koniec listopada nadszedł szybko i bezboleśnie, żeby móc wślizgnąć się w bezpieczną parę spodni.
                Po dokonaniu porannych obowiązków, jakim na przykład było dopilnowanie, aby krawat starannie układał się na koszuli, a prawa skarpetka wylądowała na właściwej nodze, Gemma wraz z resztą dziewcząt, z którymi dzieliła pokój, zeszła do pokoju wspólnego, by zabrać porozrzucane po kątach podręczniki i wypracowania. Wprawdzie Gabrielle i Leanne nie miały jeszcze zajęć, ale obie postanowiły posiedzieć chwilę w bibliotece zaraz po zjedzeniu śniadania. A co tyczy się samej Arterton… Jeśli myślała, że ten dzień nie będzie już gorszy, rozczarowała się zaledwie chwilę po rozpoczęciu zajęć numerologii.
                Profesor Arranz Powell-Myrick była kobietą o budowie szpikulca do lodu — wysoka, przesadnie chuda, ze zdecydowanie za mocno zarysowanymi obojczykami i barkami, które za często eksponowała, zakładając suknie i tuniki albo ze zbyt cienkich, albo zbyt mocno okrojonych materiałów. Wiele osób przypisywało jej przez swą chudość urodę modliszki. Nie trudno było o takie właśnie porównania, gdyż profesor Powell-Myrick była zwolenniczką zieleni.
                Gemma skupiała się nad rozpiętością chudych ramion nauczycielki, która machała nimi na wszystkie strony niczym ledwo wytężony koliber, gdy przeraźliwie granatowe tęczówki, które różniły się od źrenic tylko jaśniejszą obróbką dookoła, spoczęły na pokrzywionej ze zmęczenia i zainteresowania buzi Arterton. Kwadratowa, niepasująca do całokształtu szczęka profesor Powell-Myrick zatrzeszczała pod naporem zaciskanych szczęk, a jej blada, wpadająca niemal w szary kolor skóra z paroma brązowymi plamami na nosie i ramionach, nabrała zgnito różowego odcienia.
                 — Panno Arterton — Arranz zaniosła się cichym chrząkaniem, dopóki wyimaginowana w jej głowie chrypka nie odeszła w zapomnienie. Profesor zbliżyła się do linii ławek i zastukała krótkimi, ładnie wyprofilowanymi paznokciami pomalowanymi na intensywny odcień fioletu o blat jakichś Puchonek. — Czy wyrosło mi coś na czole, że tak mi się pani przygląda?
                Paru uczniów obróciło się z wyraźnym zainteresowaniem do tyłu, inni wykręcali głowy, a paru zwyczajnie parsknęło śmiechem. Arterton zamrugała najpierw raz, potem drugi, a następnie z nieukrywanym spłoszeniem zawiesiła wzrok na twarzy profesor Powell-Myrick.
                 — Nie, nie, pani profesor — wycharczała, zaraz solidnie chrząkając. Czoło Gemmy sponiewierała gruba zmarszczka. — Po prostu jestem nieprzytomna…
                 — Sugerujesz, że moje zajęcia zaczynają się zbyt wcześnie? — zapytała kobieta, wygładzając nienaturalnie długimi palcami suknię na swoim aż do przesady płaskim brzuchu. Arterton chwilę zastanawiała się, czy to nie był wstęp do… kłopotów? — A może są tak nudne, że to forma przedłużenia sobie drzemki?
                Gemma poczuła, jak jej kostkę zaczyna uporczywie kopać Ariana. Dotarło do niej, że tę krótką chwilę, podczas której w klasie zrobiło się jeszcze ciszej niż przed chwilą, siedziała bez słowa z rozdziawionymi ustami, patrząc na nauczycielkę w kompletnym szoku, szukając odpowiedzi. Nie odnalazła jednak odpowiednich słów, więc rozpaczliwie stęknęła. Reakcja ta widocznie usatysfakcjonowała profesor numerologii, bo na jej wąskich, bladoróżowych wargach wykwitł uśmiech.
                 — Pani profesor wybaczy — odezwała się zaraz White, robiąc łagodną, nieco zatroskaną minę. — Niestety Gemma ma ostatnio parę problemów. — Z trudem powstrzymała syk, kiedy obuwie Arterton z impetem uderzyło w jej kostkę. White kątem oka dostrzegła to bestialsko lodowate spojrzenie i wymowne oskarżenie w oczach Gemmy. Nie zrobiła sobie z tego zbyt wielkiej rozterki, tylko ciągnęła dalej. — Jestem pewna, że to jednorazowa wpadka, pani profesor.
                 — Oczywiście — odparła nauczycielka, krzyżując dłonie pod biustem. Z jej ust nie schodził uśmiech — dość finezyjny, blady, nikły w cieniu ciężkich gruszkowych kotar. — I jest to również ostatni raz, kiedy odzywa się pani niepytana, panno White. Poza tym, opiekunka Gryffindoru nie przekazała mi żadnych wiadomości dotyczących panny Arterton, dlatego nie uwierzę w żadne wyjaśnienia.
                Ii… zaczyna się”, pomyślała Lily, nerwowo stukając czubkiem pióra o czystą kartkę pergaminu wyciągniętą pod jej dłońmi, tworząc ogromnego i lepkiego kleksa. Lupin przyjrzał się temu dziełu ukradkiem, w pełnym zdumieniu unosząc brew. Spoglądając po chwili na twarz profesor Powell-Myrick przesunął dłoń na nadgarstek Evans, zatrzymując ją przed irytującym stukaniem. Lily z wdzięcznością złapała oddech, rozluźniając spięte ramiona. Nigdy do końca nie lubiła, kiedy Gemma zbierała baty, bez względu na to czy zasłużyła, czy nie. Ale ktoś przy zdrowych zmysłach nadążyłby za Arterton? Gemma była niepokorna bardziej niż młode ciele, a co gorsza za nic brała sobie rady innych ludzi. Kiedyś James określił ją do Lily mianem osoby, która najmądrzejsza jest wtedy, gdy otrzepie siedzenie po bolesnym upadku, nawet jeśli ktoś wcześniej uprzedzał, że zaboli.
                 — Aby uniknąć kolejnej takiej niespodzianki proponuję układ — mruknęła newralgicznie monotonnym głosem nauczycielska, zasiadając za swoim biurkiem. — Panno Arterton, proszę zostać chwilę po zajęciach, mm? Jestem pewna, że się dogadamy.
                Na pewno”, pomyślała ironicznie Gemma, kiwając nauczycielce na zgodę głową.
~*~
Gabinet dyrektora oświetlała nikła łuna światła, wpadająca przez leciutko zaparowane szyby. Fawkes drzemał na złotej rączce stojaka, a jego mała, czerwona główka miarowo drżała w górę i w dół przy oddychaniu. Pupilkowi Albusa Dumbledore’a najwidoczniej nie przeszkadzała obecność dwóch innych nauczycieli — nawet mimo wczesnej pory — skoro nie raczył uchylić choćby powieki, by dokładniej przyjrzeć się zielonej sukni Minerwy McGonagall, wykonanej z błyszczącego atłasu, a tym bardziej leniwie liżąc spojrzeniem paciorkowatych oczu sylwetkę, stojącego bliżej ozdobnej żerdzi, Horacego Slughorna. Poirytowany machnął tylko skrzydłem, kiedy koło jego głowy zbyt natarczywie zakołowała mucha.
                Mniej nieestetycznym podejściem do spotkania uraczył swoich gości dyrektor, stojący za biurkiem w wyraźnym skupieniu, zaś najbardziej stanowczo chyliła się ku rozmowie Minerwa, stojąca drętwo niczym pręt zaledwie dwa kroki od dyrektorskiego biurka. Tylko Slughorn wyglądał w tym towarzystwie na takiego, co przepił przysłowiową zaliczkę ubiegłej nocy i nie wiedział, jaką rolę pełnił w ów tajemniczym zebraniu.
                 — Czy będziemy tak stać? — zapytał w końcu dyrektor i machnął bez wysiłku dłonią w powietrzu, a zza jego pleców z rogu pomieszczenia przyfrunęły dwa dębowe krzesła. Z nieukrywaną gracją opadły na posadzkę przed biurkiem. Usta Minerwy drgnęły w spazmie zaskoczenia.
                 — Myślałam, że to spotkanie biznesowe — mruknęła niczym niepocieszona kotka, której właściciel kategorycznie odmówił dokładki kocich przysmaków.
                 — W szkole nie prowadzimy spotkań biznesowych, Minerwa. Jesteśmy kolegami z pracy, więc… jak to młodzi mówią… — wymamrotał dyrektor, poprawiając zaraz okulary na czubku nosa i rozpostarł ramiona. — „Wrzuć na luz”!
                 — Och, na litość… Albusie, czy możemy przejść do rzeczy, skoro tak ci się spieszyło? — żachnęła się, zaraz przysiadając na krześle o wyjątkowo miękkim siedzeniu. Następnie uniosła wyczekująco wzrok na dyrektora i zadarła brew ku górze tak, że przez chwilę rzeczona brew przypominała Dumbledore’owi wronę, chcącą czmychnąć niczym prędzej na świeże powietrze. Dyrektor odetchnął jedynie smętnie niczym dziecko, któremu pokazano cukierka, a potem schowano go wysoko na kredens, niedostępny dla dziecięcych rąk, po czym poprawił się na miejscu i wskazał Horacemu, aby zajął wolne miejsce, co z resztą Slughorn z przyjemnością uczynił. Nauczyciel eliksirów posłał przyjazny uśmiech w stronę dyrektora, na co Dumbledore odpowiedział równie uprzejmy wyrazem twarzy (podczas, gdy Minerwa zaczynała już nerwowo gryźć się w policzki) i wydawać by się mogło, że czas na krótką chwilę się zatrzymał (gdyby nie uporczywe stukanie szczupłych palców McGonagall o podłokietnik swojego siedziska). Nawet wskazówki zegarka zdawały się milczeć, choć były one w swoim nieustannym ruchu. Zbudzony do życia przez ruch kurz zwolnił i obracał się w powietrzu z gracją, niczym drobne baletnice z pozytywek, roztaczając swój melancholiom w pomieszczeniu skropionym wilgocią z zewnątrz, przedostającą się przez uchylony lufcik — wyróżniający się innym kolorem niż każdy inny, gdyż parę lat wcześniej jakiś uczeń wybił go za sprawą szalejącego tłuczka. Nawet zapach gabinetu Albusa Dumbledore’a nabrał wyrazu mniej nasyconego tajemniczością, niż przed chwilą.
                Głos po raz kolejny zabrała nieco sfrustrowana tego poranka Minerwa, zawzięcie poruszając skrzydełkami nosa niczym kotka, która zwęszyła w pobliżu mysz.
                 — W jakim celu nas dyrektor wezwał? Wnioskuję, że nasi podopieczni lub my sami naraziliśmy się czymś, skoro w spotkaniu uczestniczy tylko nasza trójka?
                 — Nonsens — odmruknął Dumbledore, pocierając o siebie opuszkami palców. — Filius ciągle walczy z grypą, jednocześnie szykując się na pierwsze zajęcia, a Pomona miała ważniejsze sprawy. Bodajże jakiś test i odbiór nowych sadzonej z Pokątnej na najbliższe zajęcia zielarstwa. W związku z tym wypada mi mówić o paru kwestiach z waszą dwójką — wyjaśnił dyrektor, zaciągając się zaraz powietrzem. — Chodzi o dwie sprawy, bo nie mam jakiejś wielkiej ochoty podejmować się pobocznej rozmowy na temat waszych wychowanków. Chciałbym tylko pochwalić postawę Roberta McGregora, zwłaszcza po ostatnim incydencie. Horacy, powinieneś być dumny z tego chłopca — odparł zagadkowo, wykrzywiając kąciki swych ust w zdumiewająco promiennym geście.
                Slughorn chrząknął, spąsowiał, a po chwili potarł nieco spoconymi od emocji dłońmi o przód swojej marynarki, chichocząc pod nosem.
                 — Ano. Robert to zdolny i dobry chłopiec. Może nie jest asem z eliksirów, ale ma bardzo zadowalający potencjał.
                 — Racja — podłapała temat McGonagall, dość niechętnie kiwając głową. — Jest niezwykle uzdolniony z dziedziny transmutacji. A profesor Sprout nie może się nadziwić jego cierpliwością do roślin.
                 — A co cieszy mnie najbardziej — pociągnął sprytnie Albus, chwytając w dłonie gęsie pióro, stare i wystrzępione, niemal niepodobne, aby pasowały dyrektorowi i przyłożył sobie dutkę do ust, brudząc odrobinę wargi ciemnogranatowym atramentem. — Nie zachowuje się opryskliwie. Bardzo miło patrzeć, jak nawiązuje nowe przyjaźnie — wymamrotał, a jego poplamione pisadłem usta znów wygięły się w krnąbrnym uśmieszku. — Kto by pomyślał, że tak ładnie będzie mu w towarzystwie Gryfonów? Zwłaszcza młodych pań — zagaił, puszczając w kierunku Horacego perskie oko.
                Minerwa zaś jak na zawołanie napięła się jak struna i omal nie obrzuciła dyrektora wściekłym, ganiącym spojrzeniem.
                 — Albusie! Nie przyszliśmy tu chyba obmawiać uczniów? To wysoce niestosowne!
                 — Ależ skąd, droga Minerwo. Po prostu pozwoliłem sobie zachwycić się po raz kolejny urokami młodości naszych uczniów. Ale skoro już o nich mówimy, mam ogromną prośbę, abyście zajęli się zwłaszcza tymi jednostkami, które niedawno doznały straty. Mam tu, oczywiście, na myśli Roberta i pannę Hughes wraz z bratem. Czy któreś z nich zwracało się już do was o pomoc?
                Slughorn wyraźnie zasępił się, gdy Dumbledore poruszył ten temat. Jego brwi przytuliły się do siebie na krótką chwilę, żłobiąc tym samym podwójną głęboką zmarszczkę na jego czole, idealnie pomiędzy brwiami. Horacy zaciągnął się chrapliwie powietrzem i zazgrzytał zębami, nim zaprzeczył gestem głowy.
                 — Sam ciągnąłem go za język, ale McGregor twierdzi, że wszystko z nim w porządku i mam „nie tracić na niego swojego cennego czasu”, jak to był uprzejmy się wyrazić.
                 — Natomiast ja poprosiłam pannę Hughes o zostanie po zajęciach. Rzecz jasna z Arterton… — mruknęła Minerwa. — Wyjaśniłam, że mogą liczyć na pomoc moją i dyrektora, ale jak znam je obie, nie pokuszą się o pomoc, dopóki coś się — przepraszam za wyrażenie — nie rozpieprzy.
                 — A tak, Arterton… — wymamrotał Albus i pokiwał parę razy głową, wydając z siebie serię dziwnych dźwięków. — No dobrze, może przejdźmy do meritum. Chciałbym rozwiązać problem spóźniania się uczniów na zajęcia w sposób korzystny dla nich, ale nie za bardzo pobłażliwy. Sądzę, że zajęcia zaczynają się zbyt wcześnie — odparł stanowczo i uniósł przy tym brwi. Gdy ze strony swoich rozmówców napotkał milczenie, jego postawa przybrała nieco niepewnego wyrazu. — Co o tym sądzicie?
                 — Cóż — odparła McGonagall, ciągle siedząc na krześle w sposób nieco sztywny i nieufny, jakby siedziała na szpilkach. — Na pewno trzeba coś z tym zrobić… Od początku roku na moje zajęcia spóźnia się jedna trzecia wszystkich uczniów, a parę jednostek z tej części w ogóle nie dociera na zajęcia. Ale czy to dobre rozwiązanie?
                 — Kończą dość późno, a na pewno nikt ich nie oszczędza z pracami domowymi, nieprawdaż, Minerwo? — Dyrektor spojrzał na nią niemal w sposób oczywisty, na co nauczycielka transmutacji spłoszyła się i spuściła z tonu, opuszczając aż ramiona. — Jeśli przełożymy zajęcia na godzinę dziewiątą, przynajmniej po przerwie świątecznej, jestem niemal pewny, że uda nam się również zmienić podział zajęć i ich trwania, a studenci będą przychodzić wyspani. Nie mylę się?
                 — Jak zwykle umiesz wszystko pogodzić na korzyść każdego, Albusie — odparł Slughorn, uśmiechając się wyraziście od ucha do ucha. — Poza tym miło będzie móc wstawać godzinę później, aby rozpocząć zajęcia.
                 — Niezwykle mnie to cieszy. A jeszcze bardziej, że pomysł jest w jakiejś części akceptowany przez nauczycieli — wyznał uradowany Dumbledore, zerkając zaraz na Minerwę. McGonagall poprawiła się wygodniej na siedzeniu i obrzuciła dyrektora nieco łagodniejszym spojrzeniem jak chwilę wcześniej.
                 — A druga sprawa czego dotyczy? — zapytała, wygładzając pomarszczony na kolanach atłas o intensywnym szmaragdowym kolorze. — Skoro to dotyczyło godzin, to może rozważymy również szkolne menu?
                Dyrektor zaśmiał się zaraz i przyjrzał Minerwie niemal z zaczerwienionymi policzkami, rozżarzonymi przez jej czarny humorek.
                 — Przyznam szczerze, że spodziewałem się kąśliwej uwagi, ale ta nadaje się do dyskusji — odparł i ściągnął z nosa swoje okulary, przecierając je zaraz rąbkiem swojej czerwonej szaty, przyozdobionej srebrnymi nićmi. Dyrektor jednak nieco spoważniał, ale uśmiech nie znikał z jego twarzy. — Ale nie. Kolejna rzecz nie dotyczy naszych wypieków, ani jakości sobotniej grochowej. Mam raczej w zamyśle coś awangardowego.
                 — To znaczy? — mruknęła zdecydowanie za ostro McGonagall, co dyrektor zdawał się zignorować.
                 — Chcę zorganizować szkolny bal. Najlepiej świąteczny — odparł dyrektor, na co obaj siedzący naprzeciw niego nauczyciele rozdziawili szeroko usta, niczym przynęty na grasujące jeszcze tu i ówdzie natrętne muchy.
                 — Albusie. Po co uczniom bal? — zapytała w końcu chrapliwym głosem McGonagall. — To rozproszy ich uwagę i już kompletnie przestaną się uczyć!
                 — Dlatego informację o tym przekażę osobiście na dwa tygodnie przed terminem.
                 — Ale… Na co to wszystko? — żachnęła się, uderzając dłońmi o kolana, przez co siedzący obok Slughorn aż podskoczył i zbielał. — Nie dość ci problemów i użerania się z ich codziennymi wybrykami?
                 — Minerwo. My też kiedyś byliśmy młodzi — wyjaśnił spokojnie dyrektor. — I też byliśmy niepokorni. Nie uwierzę, jeśli ktoś zaprzeczy i poda się za nieskazitelny przykład spokoju i altruizmu. Robię to dla uczniów.
                 — A co to ma im niby dać?
                 — Chwilę relaksu, na którą zasługują. Połowa z nich będzie całą swoją przerwę świąteczną siedzieć przykuta do książek, a chciałbym uniknąć chwili, gdy jakiś uczeń wróci do szkoły bardziej nieszczęśliwy niż był. Im się to należy, Minerwo. Wojna trwa dalej i zabiera im najlepsze lata życia. Nie na tym polega egzystencja, żeby się ciągle… umartwiać. Teraz dziewczęta zapominają, że są na drodze do stania się kobietami i myślą kategoriami wojny. Boją się, albo znieczulają. A młodzieńcy zapominają, że ich koleżankom należy okazywać nie tylko od święta odrobinę delikatności i uprzejmości. Jeśli mają wyrosnąć na mężczyzn, mając wiedzieć jak zachować się w każdej sytuacji. A myślę, że i nam przyda się odrobina relaksu. Nie wiem jak wy, ale ja pragnę zobaczyć, jak nasi uczniowie dumnie prezentują swoją szkołę i jej tradycje, kulturę podczas takiej okazji, jaką są tańce.
                 — Albusie, ale to niedorzeczne. Jak ma ich to przygotować do życia tam, poza szkołą? Czy ładna sukienka albo garnitur, czy znajomość kroków walca uratują ich przed zaklęciem uśmiercającym? A ty? Horacy, dlaczego tylko ja w tym towarzystwie za wszystkich myślę?!
                 — Minerwo… — Dyrektor niemal jęknął, przymykając oczy. — Jeśli zastanawiałem się, kto zaszczepia w uczniach taki pesymizm, to mam już odpowiedź. Myślisz kategoriami słusznymi, racja. Ale słusznymi dla czarodziejów dojrzałych i niezależnych od kogokolwiek. W szkole są bezpieczni i daleko im do podejmowania walki. Wielu z nich podjęło ją przedwcześnie… I nie sądzę, aby psychika tych jednostek wytrzymała całe te próby, które jeszcze na nich czekają. Dajmy im szansę oddechu, bo aktualnie wyrywają go sobie spomiędzy podręczników i wiadomości z Proroka Codziennego.
                Minerwa zmarszczyła z niesmakiem nos, dedukując słowa Albusa z największą pieczołowitą dokładnością. Nijak odpowiadał jej pomysł dyrektora, ale polemika z kimś, kto posiadał aż taki upór i stoicyzm jednocześnie, była sprawą tak kruchą, jak porcelanowa zabawka w dłoniach nadpobudliwego dziecka; tak sensowną i owocną, jak praca mitycznego Syzyfa. Zagryzła więc z trudem koniuszek języka, aby nie wyrazić swojego braku poparcia wobec postawy Albusa Dumbledore’a. Ten jednak, jakby wszedł jej w głowę, spojrzał w jej twarz ze swojego rodzaju zdumieniem.
                 — Czy coś nie gra, droga Minerwo?
                 — Ależ skąd — żachnęła się ze skrytą ironią w głosie i pokręciła zaraz głową. — Jeśli takie jest życzenie dyrektora, to uważam, że nie ma najmniejszego sensu sprzeciwu — odparła wręcz monotonnym tonem, nie spuszczając z twarzy Dumbledore’a swoich kocich, zielonych oczu. Miała widocznie nadzieję, wnioskują po jej gestykulacji i mimice twarzy, a także tym zagadkowym „czymś” w jej głosie, że głowa Hogwartu zmieni zdanie i pozwoli nauczycielom spełniać się w swym zawodzie bez żadnych dygresji. Ach, ależ się pomyliła!
                 — Świetnie! — odparł zgrabnie i z wielką pogodą ducha dyrektor, a Slughorn przygrał mu wiernie, choć nieco niepewnie, klaśnięciem w dłonie. — Proszę zatem, aby zachować to w tajemnicy. Ogłoszę to w odpowiednim czasie.
                 — Nie mogę się doczekać, jak będziemy odpoczywać przy pięknym śpiewie Armonii Rouch — wymamrotał Horacy, napinając dzielnie i męsko poły swojej karmelowej marynarki tak, że sztywny kołnierzyk fiołkowej koszuli wpił mu się w szyję — nieco opaloną od czasu krótkich „wakacji” w Prowansji.
                 — Wątpię, że nasza młodzież słucha teraz klasyków panny Rouch, Horacy — odparł przyjaźnie dyrektor i uśmiechnął się do niego najmilej, jak tylko potrafił.
                 — Och. Mam chociaż nadzieję usłyszeć jakiś dobry kawałek Napiętych Sznurówek… — jęknął Slughorn, na co McGonagall rozpoczęła toczyć wzrokiem po podsufitce za głową dyrektora.
                 — Młodzi słuchają teraz innej muzyki, Horacy. To nie są czasy naszej szkolnej młodości.
                Mina nauczyciela eliksirów w jednej chwili nabrała takich kształtów, a jego skóra takich kolorów, jakby nagle dopadła go wyjątkowa niestrawność. Stęknął cicho i nadął policzki, powietrze wypuszczając ustami z ledwo słyszalnym świstem, wytrzeszczając mocno oczy.
                 — Na szczęście będzie poncz…
                 — Horacy! — żachnęła się Minerwa, patrząc na niego z ogromnym zdumieniem. Błysk jej oczu karcąco oślepiał zaczerwienionego od krańców ściśniętej kołnierzykiem szyi aż po uszy nauczyciela eliksirów. — Wstydziłbyś się! Jesteś nauczycielem! Twoim obowiązkiem jest pilnować uczniów, a nie upijać się jak meserszmit!
                 — Już, już, Minerwo… — uspokoił ją Dumbledore, poprawiając się aż na swoim wygodnym siedzeniu. — Profesor Slughorn z pewnością nie miał nic złego na myśli. To zwykłe żarty, nie powinnaś się denerwować. No! — Klasnął zaraz w dłonie i potarł nimi o siebie, tocząc spojrzeniem po zawartości blatu swojego biurka. — Proszę więc, aby zachowali państwo ogromną tajemnicę. Nie chciałbym, aby nasi uczniowie zbyt wcześnie dowiedzieli się o przyjęciu. Czy mogę liczyć na waszą dyskrecję?
                 — Ależ oczywiście, Albusie — odparł energicznie Horacy i posłał dyrektorowi niemal dziecięcy uśmiech. — Jestem bardzo zadowolony z tej inicjatywy, naprawdę. Ale, jeśli się nie obrazisz, pójdę już do siebie. Trzeci rok ma u mnie sprawdzian…
                 — Rozumiem, drogi Horacy. Doskonale rozumiem. Ach, Minerwo? Mógłbym cię prosić, abyś została jeszcze na chwilę?
                 — Mógłbyś — mruknęła dość chłodno Minerwa McGonagall, odwracając wzrok na ścianę obok.
                W tym oto milczeniu profesor Slughorn opuścił gabinet dyrektora, który dla pozostałych w środku Dumbledore’a i McGonagall przybrał nieco chłodniejszych barw. Nagle powietrze zrobiło się ciężkie, a wyraz twarzy Albusa Dumbledore’a stężał, zszarzał, a jego oczy pobladły dosłownie na chwilę, aby zaraz ściemnieć.
                 — O co chodzi? — spytała McGonagall, nie odwracając jednak w jego kierunku wzroku. — Tylko nie owijaj w bawełnę. Nie lubię, kiedy lejesz wodę.
                Dyrektor poderwał się z miejsca i energicznie podszedł do zaparowanego okna, łapiąc się od tyłu za ręce. Widać było, że gryzł się sam ze sobą.
                 — Szuflada — wymamrotał w końcu nieco zachrypniętym głosem. McGonagall przyglądała mu się przez chwilę, czekając na dalsze wyjaśnienia. Kiedy ich jednak nie otrzymała, podniosła się z miejsca i stając za biurkiem dyrektora otworzyła szufladę po prawo, wyciągając z niej plik przewiązanych wstążką kopert. Jej wyraz twarzy początkowo sugerował brak zrozumienia, lecz gdy zielone, przenikliwe oczy spoczęły na charakterystycznym piśmie i kolorze atramentu, jej źrenice nagle się zwęziły. Otworzyła już usta lecz Dumbledore ją ubiegł.
                 — Wrócił — odparł sucho, opierając się zaraz o zimny, kamienny parapet. Zastukał palcami o martwą podpórkę, wzdychając. — Prorok Codzienny robi znów z tego aferę. Lotus nie przeżyje chwili bez sensacji.
                 — Co zrobimy? — zapytała drżącym głosem Minerwa.
                 — My? — zdziwił się Dumbledore, odwracając do niej głowę. — My? — powtórzył, prostując się. — Lotus nie zmieni sposobu bycia przez nasz wpływ. Będą kłopoty, Minerwo.
                 — Czy Gemma wie? Czy…
                 — Absolutnie — warknął wręcz, wbijając w nią uważny wzrok. — Ona ma się nie dowiedzieć. Zbyt wiele spraw jej dotyczy, uważam wręcz, że nie powinna wtrącać się w te sprawy. To uczennica.
                 — Ale to rodzina, Albusie. — Minerwa omal nie podniosła na niego głosu. Jej twarz nabrała wręcz zjełczałej barwy — bladozielonej, z nutą fioletu wpadającego w odcień szarości tuż pod oczami i pożółkłego beżu, przypominającego stary pergamin, oblekającego wąskie wargi kobiety. Milczenie ze strony dyrektora popchnęło ją do głębszych argumentów. — Jeśli jej nie powiesz, znienawidzi cię. Jak spojrzysz jej potem w oczy?
                 — To już inna sprawa. Mało tego, jestem jej dyrektorem. Osobą neutralną, nie postronną. Znam Lotusa, ale widzę jego wady. To samo tyczy się panny Arterton.
                 — Dumbledore! Jeśli to dziecko nie dowie się całej prawdy i przez to poczuje się pokrzywdzone, osobiście zaświadczam ci, że odejdę ze stanowiska!
                 — Na Ministra Magii, Minerwo. Przestań się wygłupiać — bąknął Dumbledore i przysiadł na parapecie w nieporadny sposób, jakby czuł się niewygodnie we własnym ciele. — To nie są nasze sprawy, pamiętaj. Oni muszą to sobie sami wyjaśnić.
                 — Lotus powinien się wstydzić — odparła McGonagall. Jej głos brzmiał tak, jakby co najmniej truchtem pokonała schody od parteru aż po szóste piętro. Dłoń kobiety wylądowała na jej klatce piersiowej, marszcząc pod wpływem naporu zielony materiał z aksamitu. — Po tym co zaszło, powinien wziąć za nich odpowiedzialność, a zamiast tego egoistycznie, pełen słodkiej nieświadomości, pogrążył się w żałobie! Czekajcie, bo go pożałuję! — fuknęła ironicznie i wzniosła ręce do góry, by potem z impetem opuścić je na swoje biodra. Po pomieszczeniu przetoczył się dźwięk uderzenia.
                Albus Dumbledore wpatrywał się w swoją współpracownicę z niewyjaśnionym spokojem. Ba! W jego oczach czaiła się iskierka rozbawienia. Minerwa rzadko kiedy — a mógłby nawet przysiąc, że prawie nigdy — używała ironii i sarkazmu. Jej postawa, którą mógł swobodnie oglądać i interpretować z pierwszego rzędu, była godna wnikliwej analizy. Traktował tę chwilę jak rarytas. Przecież mógłby wypominać jej to przez całe życie, ale nigdy by się nie odważył… McGonagall miała zbyt trudny charakter. Musiał więc wysilić się, aby nie dać po sobie poznać, że go to rozbawiło.
                 — Lotus przeżył tę tragedię. To był…
                 — Cios? Daj spokój, Albusie. Ma nauczkę za faworyzowanie…
                 — Doprawdy? A ty nie faworyzujesz swoich uczniów?
                Minerwa rozwarła w zdziwieniu usta i niemal zastygła w bezruchu, przyglądając się Albusowi tak, jakby zobaczyła go pierwszy raz na oczy. Stęknęła raz, drugi, ale za trzecim podejściem przybrała na twarzy odcienia purpury. Zaraz zamknęła szczelnie wąskie wargi i bez słowa ruszyła do drzwi. Dumbledore uśmiechnął się pobieżnie pod nosem i chrząknął.
                 — Minerwo?
                Kobieta zatrzymała się w progu i zwróciła na dyrektora niemal bojowe spojrzenie. Jej brwi wygięły się na czole niczym kocie grzbiety.
                 — Gniewasz się?
                 — Śmiertelnie.
                 — To jak ci przejdzie, wpadnij do mnie na herbatę. Chcę pomówić jeszcze na temat Artertonów.
                 — Mhm — mruknęła pod nosem i odwróciła się na pięcie. Wyszła, zamykając za sobą drzwi.
                Dyrektor zaśmiał się w końcu i przesunął wzrokiem po całym swoim gabinecie. I nagle pojawiła się nostalgia, ujmująca jego serce niczym czuła, acz zdradliwa kochanka. Zaraz jednak przegonił ją mrok. Umysł dyrektora przepełnił się obawą, spotęgowaną chłodem nadchodzących dni.
                Arterton. Nazwisko to od paru dni nękało Albusa Dumbledore’a, nawiedzało go nawet w snach. Zastanawiał się dogłębnie dlaczego? Dlaczego nigdy wcześniej nie zauważył, że coś jest na rzeczy? Że zniknięcie Lotusa nie miało tylko wymiaru egoistycznego, przynajmniej w oczach samego lorda? Że ta ucieczka, która dokonała się z woli Lotusa, miała głębszy sens, o którym nie wolno było mówić głośno?
                Dyrektora przebiegł dreszcz — bynajmniej z powodu wszechogarniającego pomieszczenie chłodu. Oddech aż nazbyt sprawiedliwego w swym mniemaniu losu zmroził go po same kości, kruszył mięśnie i ostrzegawczo mruczał do ucha Albusa Dumbledore’a, niczym wygłodniała mantykora, że nie trzeba było interesować się nie swoimi sprawami.
                Dumbledore spojrzał w kierunku lufciku, który ni stąd, ni zowąd zatrzeszczał żałośnie pod wpływem wiatru. To zjawisko zmusiło go siłą rzeczy do przemieszczenia się po gabinecie, w celu uporania się z wdzierającym do środka chłodem. Jakby nie dość było temu wichrzysku, że kamienny zamek sam siebie dostatecznym wcieleniem prosektorium ze względu na temperaturę w nim panującą! Zamykając szkaradne szklane oko na świat, dyrektor pociągnął nosem dokładnie dwa razy, po czym w ukradkowy sposób przyjrzał się widokowi rozciągającemu się za murami Hogwartu. Ach, zgubne było to rzucenie okiem! Dyrektor zasępił się na małą chwilę, by zaraz wydać z siebie godne umiłowania westchnienie. Złoto i czerwień mieniących się na wietrze liści i zieleń sosnowego igliwia — wszystko to wprawiało go w bezczynność i melancholię.
                Perfekcyjność widzianego przez okna pejzażu wynikała z jego autentycznej niedoskonałości. Dumbledore zaiste doceniał ten rodzaj idealizmu. Porównywał go do wnętrz ludzkich. I gdy na zewnątrz szalała burza, ogromny wiatr, wtedy przed oczami pojawiały się zburzone fale czekolady, rozsypane na ramionach owleczonych w ciemną szatę lub białą koszulę. Widział rozżarzone oczy w kolorze paleniska. Widział — ściągnięte niczym liny marynarskie — wargi, blednące pod wpływem nacisku. Kiedy zaś za oknem było spokojnie, niewyobrażalnie błogo, dostrzegał lśniące w przygasłym blasku słonecznym ciemnozłote nitki i szare diamenty; błogi uśmiech, wyrażający pewną radość z tęsknoty za zimnem, które motywowało do ciaśniejszego uścisku cudzych ramion. Ach, cóż za piękne zespolenia paradoksów!
~*~
Pani Lorrens przysiadła na brzegu kruchego krzesła, które nie umiało do końca znieść i w swym niebycie zrozumieć nacisku tylnej części osoby bibliotekarski na swojej skromnej, milczącej nieosobie. Zatrzeszczało i rozpaczliwie stęknęło, kiedy z ust starszej kobiety wydostał się szorstki i głośny oddech. Jej umęczone spojrzenie obiegło skupisko ław i nieobleganych o tej godzinie krzeseł, potem przemknęło po regałach, pomiędzy którymi w ciszy wędrowali pojedynczy uczniowie. Na końcu przeskoczyło do ciężkich drzwi, które zatrzeszczały pod wpływem naporu cudzych mięśni na klamkę…
                Gabrielle odetchnęła głęboko, wkraczając do biblioteki z duszą na ramieniu, w towarzystwie Leanne. Obie, napotykając ostre spojrzenie pani Lorrens, utraciły w zupełności swe kolory, następnie grzecznie kiwając głowami w celu wyrażenia utartej kulturowo formułki grzecznościowej. Hughes, zaiste, miała złe wspomnienia z tą kobietą. Na przykład, przez myśl niemal od razu przebiegło jej ostatnie spotkanie z bibliotekarką, choć… czy aby całkowicie nieprzyjemne? Na jej wargach zakwitł ciepły uśmiech, który nie umknął uwadze Leanne. Attenborough niemalże automatycznie targnęła się na swoje życie, w ogromnej — rzecz jasna — przenośni, posyłając towarzyszce pytające spojrzenie z dziedziny tych, którym nie dało się umknąć, czy ich zignorować. Na marne więc Gabrielle usiłowała odwrócić wzrok.
                 — Gabrielle — szepnęła Attenborough, szturchając Gryfonkę łokciem pod żebra. — Co to był za uśmieszek?
                 — Cicho — wydukała Hughes. Przybrała na twarzy tęgiego wyrazu powagi.
                 — Nie wymigasz się.
                 — Doprawdy? — zapytała rozbawiona, ale napotykając mordercze spojrzenie pani Lorrens zacisnęła mocno usta. Już dość się naraziła. Zwinnie skręciła w alejkę obok, udając szczególnie zaintrygowaną lekturą mitycznych stworzeń magicznych okresu późnego antyku. Leanne przystanęła tuż obok niej.
                 — Więc? — mruknęła, unosząc delikatnie brwi, przez co jej łagodne czoło okrasiło się wyraźną zmarszczką. Nachyliła się nieco mocniej, by dodać kolejną przesłankę. — To prawda, co mówili Black i Potter?
                 — Niby co takiego? — zdumiała się Hughes, zwracając na Leanne swą uwagę. Policzki zaczęły jej aż pulsować ze stresu.
                 — No… o tobie i Robercie — mruknęła, unosząc brwi jeszcze wyżej, kiedy twarz Gabrielle nabrała soczyście czerwonych barw. — Prawda…? — zapytała, choć sposób w jaki wypowiedziała ową niepewność, brzmiał bardziej jak stwierdzenie faktu.
                 — Nie wiem o czym mówisz — bąknęła Gryfonka, wyciągając z półki pierwsze lepsze tomisku, na którym osiadła gruba warstwa kurzu. Kiedy Attenborough otwierała już usta by coś powiedzieć, Gabrielle niemal z impetem zdmuchnęła zabrudzenie z grzbietu księgi. Jej rozmówczyni posiwiała na twarzy, krztusząc się i kaszląc, kichając, rozsierdzona dyskomfortem w nozdrzach.
                Hughes wykorzystała chwilę nieuwagi swojej kompanki i czym prędzej czmychnęła w kolejną z rzędu alejkę, zwinnie przedzierając się pomiędzy ogromnymi regałami milczących mądrości, uśpionych w skórzanych ramach.
                Kiedy kichanie i pokasływanie Leanne ucichło w jej uszach z minięciem kolejnego działu, Gabrielle odetchnęła głęboko, opierając się w końcu o dębowy blat biblioteczki ustawionej obok niej. Z ulgą aż zamknęła oczy i złapała relaksujący wdech, przechodząc po omacku do okna. Dopiero blade światło, przedostające się przez zaparowaną szybę, zmobilizowało ją do uchylenia powiek.
                Dzień, pomimo swojej szarości, dokładnie ten dzień widział jej się cudowny! Przygaszone, niemal brudne pastelowe kolory jeszcze nigdy jej się tak nie podobały. Miały w sobie znamię tajemniczej rozkoszy dla jej umysłu. Dziwne, nieprawdaż?
                Łagodnie zarysowana buzia Gryfonki emanowała swego rodzaju czułością do tego, co ją otaczało. Dłonie Gabrielle przesmyknęły się po wysokim parapecie, o dziwo czystym i pozbawionym kurzu. Pomyślała, że miło byłoby znów pomówić z Robertem, chociaż przez krótką chwilę… W końcu mówił o kolejnym spotkaniu, prawda?
                Ledwo pomyślała o McGregorze, o Malo nie wyzionęła ze strachu ducha, gdy za jej plecami rozległ się głuchy huk. Drobne palce dziewczyny przycisnęły się do jej piersi, a oczy omal nie wylazły z orbit, gdy odwróciła się za siebie w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Uczucie przerażenia jednak, które dopadło ją na moment przed wykręceniem tułowia, okazało się o wiele słabsze niż to, które dopadło ją w momencie ujrzenia Roberta, masującego zawzięcie obtłuczone o kant biblioteczki udo. Serce Gabrielle o mało nie zgniotło jej płuc!
                 — Robert! — zaintonowała jego imię z nad wyraz odpowiednią czułością, która miło zaskoczyła Ślizgona.
                 — Cześć — odparł, prężnie prostując się i dość felernie opadł dłonią o kant blatu biblioteczki — na tyle, że osunęła się ona po śliskiej powierzchni i tym razem pokrzywdzone zostało jego ramię. McGregor z trudem zachował zimną krew, gdy mięśnie rozsadzał mu dyskomfort. — Co u ciebie słychać?
                 — Wszystko w porządku? — zapytała Gryfonka, zaraz uświadamiając sobie jak tandetnie to zabrzmiało. Wywróciła oczyma i wykonała parę szybkich kroków w jego kierunku. Robert zrobił to samo niemal od razu… a to wyjątkowo zaskoczyło Hughes. Zastygła ona w bezruchu, patrząc jak McGregor subtelnie wykrzywia kącik ust ku górze. Zatrzymał się bardzo blisko niej, z trudem panując nad oddechem. Jego śmiałość zgasiła odwagę Gabrielle!
                 — W najlepszym porządku, Gabrielle. — Ton jego głosu nabrał tak miękkiego wyrazu, iż brzmiał jak wypowiadany wyłącznie w jej głowie. — Miło mi cię znowu widzieć. Nie jesteś na zajęciach?
                 — Och, nie, nie. Zaczynam dopiero za kwadrans dziesiąta.
                 — No… wiem. Mamy razem zaklęcia i uroki — mruknął, uśmiechając się szczerze, od ucha do ucha. Gabrielle prychnęła cicho i pokręciła głową, leciutko krzyżując dłonie pod biustem.
                 — To po co pytasz, skoro wiesz?
                 — Cóż… — McGregor uniósł wysoko brwi i z nieukrywaną nonszalancją nabrał powietrza. Miał chyba zamiar wyszukać w swej głowie sensownego usprawiedliwienia lecz gdy opuścił wzrok na twarz młodej kobiety, z jego gardła wydostało się ciche westchnienie. — Kiepski ze mnie amant, nie utrudniaj mi tego.
                Hughes parsknęła śmiechem, szybko jednak uciszając się dłonią. Robert poszedł jej śladem, ale zamiast uwieńczyć tę jakże zabawną sytuację śmiechem pokręcił głową i uśmiechnął się tak szeroko, że można było bez trudu policzyć wszystkie jego zęby. Emocje nie opadły jednak za szybko. Na pewno nie w jego przypadku. Jego dłoń zwinnie pomknęła ku buzi Hughes, by leciutko pogładzić kciukiem jej urażony przez Rosiera policzek. Gabrielle zesztywniała, unosząc na Roberta swoje szare oczy. Każdy głupi mógłby przysiąc, że w spojrzeniu młodej kobiety tkwiła cała kwintesencja jej uczuć.
                 — Dalej boli? Wygląda o wiele lepiej… — wymamrotał chłopak, lekko spinając się, gdy chłodne palce Gryfonki objęły jego nadgarstek.
                 — Nie — odpowiedziała łagodnie i posłała mu ciepły uśmiech. — Już nie boli. Teraz tylko „nie wygląda”, jak powiedziała pani Barnes.
                 — To niczego nie zmienia. To znaczy… Wiesz o co mi chodzi. — Robert zajęknął się, na krótką chwilę marszczące swoje czoło. Nie wiedział, czy bardziej był zażenowany, czy zły na samego siebie.
                Gabrielle zacisnęła usta przyglądając się uważnie McGregorowi. Nie do końca wiedziała jak odebrać owe słowa.
                 — Rosier dostał za swoje. Tak samo jak Lestrange — wyjaśnił zaraz chłopak i potarł palcami swój kark. — Ale nie chcę o nich rozmawiać. Uważam, że tacy jak oni nie zasługują na noszenie ich na językach. Szkoda mi śliny.
                 — To mądre podejście — skwitowała rozsądnie Gabrielle i przestąpiła z nogi na nogę. — Masz jakiś interes w bibliotece?
                 — Co? — zdziwił się McGregor, wbijając w dziewczynę spojrzenie swych niebieskich oczu.
                 — No… chyba nie przyszedłeś tu bez celu, hm? I… zaraz, zaraz. Czy ty nie masz teraz przypadkiem zajęć z profesorem Kettleburne’em?
                 — Nie! — żachnął się, choć prawdę powiedziawszy Hughes go rozgryzła. Nie przyszło mu jednak do głowy spytać skąd o tym, u licha, wie? — Ja… cóż. Szykuję coś specjalnego na zajęcia zaliczeniowe u profesora Flitwicka. I… no… — Jego wzrok uciekł na chwilę w bok. Jak miał się wyratować? Na pomoc przyszedł mu osobliwy tytuł, kurzący się już od paru lat na tej samej półce. Od razu po niego sięgnął. — Obiecałem profesor Sprout, że ostatnią nieobecność odrobię w formie zadania dodatkowego.
                 — Doprawdy? — Gabrielle uniosła wysoko brwi, z trudem powstrzymując się od głupkowatego uśmieszku. — Co tam wymyśliłeś? — zapytała, zaglądając mu zaraz przez ramię. Robert uśmiechnął się ciepło, przyglądając profilowi jej twarzy.
                 — Może zamiast nudnych opowieści w bibliotece dasz mi się porwać na kawę? Opowiem ci wtedy o wielu rzeczach. Obiecuję, że nie pogryzę i odprowadzę cię potem pod same przejście do dormitorium. Co ty na to?
                Gabrielle podniosła na niego uważne spojrzenie. Nie odnalazł w nim zgorszenia, a jedynie błogie uniesienie. Milczała jednak, co Robert i tak odebrał za dobry znak. Przecież mogła mu od razu odmówić, no nie?
                 — Nie daj się zbyt mocno prosić. Obiłem sobie udo i rękę, żeby cię złapać, weź to za wystarczający dowód mojego poświęcenia.
                Hughes zaśmiała się cicho i zacisnęła drobne palce na swoich przedramionach. Nie musiała wcale zastanawiać się długo.
                 — Kiedy?
                 — Jak dla mnie możemy iść nawet teraz — wypalił Robert, unosząc brwi. — Ale jeśli chcesz być na zajęciach, to możemy to przełożyć.
                 — Tu nie chodzi o zajęcia, Robercie — uspokoiła go, uśmiechając się ku niemu ciepło. — Nie lubię, kiedy coś mnie ogranicza, jeśli chodzi o miłe towarzystwo. Co powiesz na sobotę?
                 — Świetnie — odparł młodzieniec, przyglądając jej się uważniej niż dotychczas. — Jeśli byśmy się nie widzieli, to wyślę ci sowę, żebyśmy mogli się dogadać w sprawie godziny. A…
                 — Robert. — Gabrielle wywróciła oczyma i zerknęła mu dla pewności przez ramię. Chyba by nie przeżyła, gdyby ktoś ich podsłuchiwał. Na przykład taka papla-Leanne. Po chwili znów przeniosła wzrok na łakome uwagi spojrzenie Ślizgona. — Zaraz mamy razem zajęcia z profesorem Flitwickiem. Sam wcześniej zwracałeś mi o to uwagę.
                 — Ach… Naprawdę? — jęknął chłopak, krzywiąc usta w niezadowolonym grymasie. — Skleroza.
                 — Jasne — zachichotała Gryfonka, szybko ujmując go pod depo. — W razie jakbyś zapomniał gdzie znajduje się sala, służę pomocą.
                McGregor zaśmiał się. Szczerze. Ta specyficzna maska — którą zwykł nosić nim odważył się na cokolwiek w kierunku Gryfonki — nie odważyła się wrócić. A gdyby spróbowała, Gabrielle możliwie nigdy by w nią nie uwierzyła.
                 — Chodźmy więc. Ciekawy jestem, czy profesor zdążył już wyzdrowieć od piątku.
                 — Och, na pewno — zapewniła go Gryfonka, zakładając na ramię swoją torbę. — Nauczyciele mają ten irytujący przywilej szybkiego wracania do zdrowia. Życie byłoby za piękne, gdyby chorowali w nieskończoność.
                 — Święta racja, panno Hughes — mruknął zaczepnie Robert i ponownie użyczył jej ramienia, uśmiechając się przy tym w tak cudowny sposób…
                Opuszczenie przez nich biblioteki wymagało ze strony Gabrielle nerwów ze stali. Na szczęście niepotrzebnie martwiła się wszędobylską ciekawością Attenborough. Leanne jak oparzona kręciła się pomiędzy półkami, nie zauważając jej i najwyraźniej zapominając w towarzystwie książek, że z kimkolwiek przyszła.
                 — Czy to nie była twoja przyjaciółka? — zagaił McGregor, zamykając za nimi drzwi biblioteki. Hughes przytaknęła mu na to i wzruszyła ramionami.
                 — Leanne. Często zapomina, że z kimkolwiek przybywa, więc z pewnością spóźni się na zajęcia najwyżej kwadrans.
                 — Rozumiem. Najwyraźniej odpowiada jej własne towarzystwo — mruknął Ślizgon, wolną dłoń wciskając w kieszeń spodni. — W niektórych wypadkach to najrozsądniejsze, co człowiek może zrobić.
                 — Lubisz czytać? — zapytała Gabrielle, na co Robert zaśmiał się i pokręcił głową.
                 — Umowa była taka, że zadajemy takie pytania w sobotę.
                 — Ależ pan dokładny! — żachnęła się, zaraz kręcąc z uśmiechem głową. — Masz rację, podsycaj moją ciekawość. Niech mi mózg eksploduje.
                McGregor parsknął śmiechem i pozwolił sobie poprawić dłoń Gabrielle na swoim przedramieniu.
                 — Lubię czyta ć. Mam parę swoich ulubionych książek i ciężko przekonać mnie do czegoś nowego.
                 — Czyli mam nawet nie próbować?
                 — Próbować zawsze możesz, Gabrielle — przyznał śmiało młody mężczyzna, poważniejąc jednak po chwili. — Słuchaj. Muszę zapytać…
                 — O co chodzi? — zapytała, przechodząc z nim pod bogato zdobionym arrasem, na którym lwica karmiła swoje młode i wrogo spozierała na każdego, kto ośmielił się wejrzeć na nią zbyt śmiałym spojrzeniem.
                 — Wiem, że nie powinienem wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale jak ma się Gemma? — zapytał, przenosząc na Gabrielle baczne spojrzenie. — Nie rozumiem o co chodzi… To na pewno dlatego, że nie znam jej zbyt dobrze, ale wczorajsza sytuacja…
                 — Gemma jest bardzo wrażliwa i czasem po prostu udaje twardziela — odparła niemal od razu Gryfonka, nie dając mu nawet skończyć. — I nie krępuj się pytać. To ludzkie… Mam przez to na myśli ciekawość.
                Robert przytaknął jej na to głową i na krótką chwilę zamilkł, gdy mijali grupę młodszych uczniów. Uprzejmie przepuścił dziewczynę w przejściu i po raz kolejny bez skrępowania ułożył sobie jej dłoń na przedramieniu. Robił to z takim męskim dystyngowaniem, że Gabrielle zapierało dech w piersi.
                 — A więc o co poszło?
                 — To bardzo długa opowieść — mruknęła cicho, na co McGregor sięgnął do kieszonki koszuli na swojej piersi i wydobył z niej staromodny zegarek. Jego brwi podskoczyły ku górze.
                 — Mamy jeszcze dobrą godzinę, więc nie krępuj się — odparł, przenosząc na nią uważny wzrok. Gryfonka w skupieniu wpatrywała się w przedmiot, którym Ślizgon chwilę wcześniej się posłużył. W zdumieniu zerknął na zegarek, a potem na swoją towarzyszkę. — Gabrielle? Czy coś się stało?
                 — Nie… Przepraszam, po prostu gdzieś już widziałam ten zegarek. — Hughes złapała głęboki oddech i palcami wolnej dłoni zaczesała swoje długie włosy do tyłu. Robert zaśmiał się.
                 — Może podobny?
                 — Nie, to byłoby prawie niemożliwe. Ma wygrawerowane inicjały J.M. Widziałam go w sklepie jubilerskim na Pokątnej siedem lat temu. Należał do sprzedawcy.
                 — Siedem? — zapytał Robert, odruchowo poprawiając sobie krawat, gdy tylko schował zegarek na jego miejsce. — Ten sklep jubilerski należał do mojego dziadka. Zegarek też.
                 — Należał? — Gabrielle spojrzała na Roberta przenikliwiej niż chciała. Widząc jak jego twarz tężeje poczuła ogromne wyrzuty sumienia. Nie zdążyła jednak nic dodać.
                 — Pamiętasz jak zniknąłem? Musiałem wrócić do domu. Mój dziadek… cóż. Zmarzł — wymamrotał dość niechętnie, patrząc przed siebie w nieco ostry sposób. — Ważne, że byłem wtedy obok — dodał, przenosząc na nią całą swoją uwagę. Wymusił nawet lekki uśmiech.
                 — Robercie… — wybełkotała Gabrielle, nie wiedząc przez chwilę gdzie podziać wzrok. — Ja… Tak mi przykro — wydusiła w końcu z trudem, na co McGregor pokiwał delikatnie głową.
                 — Już się nie smucę. Nie jestem w tym przecież sam, prawda?
                 — I możesz być pewny, że już nie będziesz — odparła łagodnie i nieco mocniej zacisnęła palce na jego przedramieniu.
                McGregor westchnął. Sięgnął dłonią do jej dłoni i pogładził ją z czułością, nie odnajdując chyba słów na jej wypowiedź, ponieważ milczał krótką chwilę. Z nieukrywaną wdzięcznością wpatrywał się w jej oczy i chłonął sekundy, których jeszcze nikt nie ośmielił się im odebrać.
                 — Więc byłaś u mojego dziadka, tak?
                 — Tak. Tata kupił mi tam zegarek. Jako prezent z okazji dostania się do szkoły.
                 — Mogę zobaczyć? — zapytał, przyglądając jej się kątem oka.
                Gryfonka przytaknęła mu i — że znajdowali się już blisko sali profesora Flitwicka — gdy tylko zajęli miejsce na kamiennej ławeczce, wymacała palcami drobny łańcuszek na szyi. Pociągnęła go i zza jej koszuli wychylił się zegarek z ozdobną kameą na przedzie. McGregor z trudem zachował zimną krew. Dla niepoznaki aż pokręcił głową i, przybierając minę znawcy, rzucił na rękodzieło okiem.
                 — Tata miał naprawdę dobry gust. Twój dziadek mówił, że to…
                 — Sardonyks — odparł McGregor, ujmując zaraz w palce nagrzany ciepłem ciała Gabrielle zegarek. Młodzieniec wejrzał na nią o niebo płomienniej niż sądził. Dotychczas pozwalał sobie na różne myśli, ale naga wyobraźnia, a ta poparta namacalnymi dowodami różniła się diametralnie. Dlatego ciepło zegarka wydało mu się inne niż jego własne. Ale tak potwornie miłe…
                Omal nie zaklął, gdy uświadomił sobie jak daleko zawędrowały jego myśli. Kiedy dotarło do niego, że zegarek Hughes godzinami grzał się na jej dekolcie, spostrzegł się, że nie usłyszał ostatnich słów Gabrielle. Jego policzki nieco się przyciemniły, a zaczęły piec jak diabli. Uniósł na twarz Gryfonki wzrok.
                 — Proszę? Wyłączyłem się.
                 — Och… Myślisz o dziadku?
                Och, słodka niewinności! „Chciałbym”, przebiegło mu przez myśl. Pokiwał jedynie uporczywie głową i zerknął znów na zegarek. Kobieta uwięziona na przedmiocie zaniosła się niemym śmiechem, skierowanym ku młodzieńcowi. Robert z trudem zdusił w sobie sfrustrowany warkot.
                 — Tak. Dziadek miał smykałkę do takich rzeczy. Część robił własnoręcznie, ale takie cuda najczęściej trzymał w przeznaczonej do tego gablotce.
                 — Twój dziadek sam robił biżuterię? I chwila, znasz się na tym? — Gabrielle uniosła wysoko brwi, na co Robert zaśmiał się i łagodnie ułożył zegarek na materiale jej koszuli. Jako samiec byłby chyba chory, gdyby nie dotknął jej przynajmniej opuszką palca! Dla innych Hughes mogła być pospolita, co dla niego było całkowicie na rękę. Ale nawet jeśli nikt nie postrzegałby Gabrielle jako kobiety, dla niego nie była tylko dziewczyną, koleżanką. Widział ją jako absolutne uosobienie jego marzeń.
                 — To rodzinny interes. A dziadek miał ogromny talent. Sam zrobił pierścionek zaręczynowy dla mojej babci. Ale o tym innym razem… odeszliśmy od głównego tematu.
                 — A dlaczego aż tak interesuje cię Gemma? — spytała Gabrielle, nieco tężejąc na twarzy. Niemal od razu spuściła wzrok, zaczynając grzebać dla niepoznaki w torbie. — Jak chcesz mnie o coś wypytać to śmiało, nie krępuj się.
                 — Bo to twoja przyjaciółka i się o nią martwisz — sprostował zaraz i złapał za ramię od torby Hughes, ściągając ją i układając na ziemi. — Obchodzi mnie to, co dzieje się dookoła. A ty to przeżywasz…
                 — Rozumiem.
                 — Doprawdy?
                 — Tak przynajmniej myślę — dodała, podnosząc na niego nikłe spojrzenie. Westchnęła po chwili cicho i uniosła wzrok na sufit, może na chwilę, może na dwie. — Chodzi… cóż. W wielkim skrócie chodzi o Blacka.
                 — Tak przypuszczałem… Ale to dalej nic mi nie mówi.
                Gabrielle rzuciła Robertowi niemal niedowierzające spojrzenie. Jeśli chodziło o Blacka, powód mógł być jeden. Choć, prawdę mówiąc, Gemma z pewnością mogłaby znaleźć jeszcze dziesięć innych powódek z wykluczeniem tej właśnie, która była główną przyczyną. McGregor uchylił jednak szerzej oczy i wlepił je w Hughes, dalej czekając na wyjaśnienia.
                 — Serio? — mruknęła Gryfonka.
                 — Serio — odmruknął Robert, wykrzywiając jednak usta w ciepłym uśmiechu. — Opowiedz mi wszystko. Lubię kiedy coś opowiadasz…
                Gabrielle poczuła, jak kącik jej ust leciuteńko skacze ku górze. Magia McGregora działała…
                 — Nie mieliśmy takich szczegółów zostawić na sobotę?
                 — Teraz sobie o tym przypomniałaś? — zażartował, śmiejąc się ku niej z ogromną lekkością w sercu. — Już dość żartów, mów. Może uda mi się jakoś pomóc.
                Gryfonka nie mogła pohamować uśmiechu. Jej policzki przyozdobił szkarłat, który usilnie starała się schować i zatuszować. Na nic się to zdało! Poprawiła się na miejscu i wzniosła na Ślizgona spojrzenie swoich szarych oczu.
                 — Gemma już od paru lat podkochuje się w Blacku. To na pewno zauważyłeś.
                 — Nie da się tego nie zauważyć. Skaczą do siebie jak dwa szczeniaki… I… niech zgadnę. Black tego nie odwzajemnia?
                 — Myślę, że zacznie jak Arterton sobie na dobre odpuści. Chyba, że zdarzy się cud. — Gabrielle cicho odchrząknęła, przysłaniając przy tym usta dłonią. — Widzisz. Odkąd rodzice Gemmy… — zacięła się, zaciskając przy tym usta. Złapała głęboki oddech. — Odkąd ich nie ma, zrobiła się zupełnie inna. To znaczy… Zawsze miała w sobie coś silnego. Jest specyficzna. Ale gdy w grę wchodzą uczucia, wyłącza się żeby bardziej nie bolało. Syriusz już raz ją upokorzył, może dość nieświadomie, ale jednak.
                 — Jak to? — mruknął Robert, marszcząc naraz czoło. — Myślałem, że to Gemma jest tą, która preferuje dogadywanie.
                Gabrielle zaśmiała się cicho, choć nie był to zbyt szczery odgłos.
                 — Oboje mają taki charakter.
                 — Jak ją upokorzył? — zapytał cicho Robert, spozierając zaraz w głąb korytarza.
                 — Umówił się z nią, wystawił, a jak zwróciła mu uwagę to uznał, że miał ważniejsze sprawy na głowie. Nigdy już o tym nie mówili, ale myślę, że Gemma mu tego nie zapomniała.
                 — A wczorajsza sytuacja… — mruknął, nie chcąc nawet kończyć.
                 — Ta. Syriusz przygruchał sobie Dorcas.
                McGregor odetchnął głęboko i donośnie. Przeczesał on palcami swoje włosy, długą chwilę nie odzywając się.
                 — Ale dupek — prychnął zaraz, kręcąc natarczywie głową. — Wybacz, ale jak wytrzymujesz te spięcia? W końcu przyjaźnisz się z jednym i drugim.
                 — Cóż. Jakoś wytrzymuję. Jestem chyba powodem, dla którego się nie pozabijali.
                Robert oparł plecy o ścianę, krzyżując dłonie na torsie. Chwilę myślał zanim po raz kolejny zabrał głos.
                 — Jak sobie z tym wszyscy radzicie?
                 — Każdy po swojemu. Leanne ucieka do książek, James ma Lily, a ja na wszystko przytakuję.
                 — Zamieniłaś się z aniołem na cierpliwość.
                 — I z diabłem na myśli — zaśmiała się, zaraz opierając plecami o ścianę tuż obok niego. — Nie wiem jak przeżyję dzisiejszy trening. Jeśli Dorcas przyjdzie, Gemma chyba trzaśnie w nią tłuczkiem, a wolałabym uniknąć kolejnej wizyty u dyrektora.
                 — Nie martw się. Jakoś to będzie — wymamrotał, zerkając na nią kątem oka. Miał ogromną ochotę schwycić ją za rękę i powiedzieć jak bardzo jest dzielna. Nie zrobił tego. Miał bowiem w pamięci wyraz jej twarzy, gdy wspominała ojca. Czuł, że to za wcześnie aby poruszać ten temat. — Myśl o sobocie. Zanudzę cię na śmierć.
                 — Och… — jęknęła teatralnie, przykładając dłoń do skroni. — Kup mi od razu wieniec, bo nie zamierzam z tego zrezygnować.
                Spędzili tak jeszcze resztę wolnego czasu, rozmawiając głównie na temat quidditcha i najbliższych rozgrywek. Przyszedł jednak moment, kiedy pod pracownią pojawiło się zbyt wielu uczniów, by mogli w spokoju rozmawiać. Mało tego dołączyła do nich Gemma — siwa na całej twarzy i niemal dygocząca. Robert od razu ustąpił jej miejsca, przed czym oczywiście się wzbraniała.
                 — Wyglądasz jak trup — skwitował w końcu Ślizgon, na co Arterton uśmiechnęła się półgębkiem.
                 — Jaki cudowny komplement! I tak się czuję, czarusiu. Zlecę dziś z miotły…
                 — Skołuję ci po zajęciach kawę — mruknęła Gabrielle, lekko szturchając przyjaciółkę pod żebra. — Jak się czujesz?
                 — Tak jak wyglądam — wymamrotała i przymknęła na chwilę oczy. — Możemy usiąść z tyłu? Nie chcę wiedzieć… wiesz…
                 — Usiądę z wami — zaproponował McGregor i posłał Gemmie lekki, pocieszający uśmiech. Arterton przytaknęła mu na to wyłączne głową, nie otwierając nawet oczu. Była wykończona. Numerologia nie była — jak widać — jej mocną stroną, choć wcześniej radziła sobie z nią doskonale.
                 — Powell-Myrick zadała mi pracę z numerologii. Zamiast szlabanu — mruknęła w końcu Gemma, uchylając lekko powieki.
                 — Że jak? — Gabrielle wbiła w nią uważny wzrok. — Za co?
                 — Bo tak pieprzyła, że o mało nie zasnęłam na jej zajęciach — warknęła Arterton, otwierając oczy tak szeroko, że aż ją zapiekły. — Nie wytrzymam kolejnych zajęć…
                 — Mówiłem, że nie da rady! — mruknął znajomy głos, dochodzący zza filaru. Gemma wlepiła wzrok w kawał kamienia, dokładnie na wysokości czyjejś głowy. Nie musiała długo czekać aż ujrzy twarz Jamesa, uśmiechającego się w zaczepny sposób i poprawiającego okulary na czubku głowy.
                 — Zamknij się — warknęła, marszcząc mocno czoło. — Odezwał się geniusz…
                 — Ej no, bez takich. Zły dzień? — zagaił, zaraz zerkając na Roberta. — Cześć, Robercie — przywitał się, wyciągając ku niemu dłoń. McGregor uśmiechnął się i uścisnął ją.
                 — Cześć, James.
                 — A jak myślisz? — mruknęła w końcu Arterton, podnosząc się zaraz z miejsca. — Jak zwykle wpadłam w kłopoty.
                Potter westchnął jedynie i złapał Gemmę za szyję, dociskając ją do siebie. Miał ochotę na głupi żart, ale darował go sobie. Jedynie lekko pogłaskał ją po włosach.
                 — Skoczymy później na dymka, to mi się wygadasz.
                 — Mhm — mruknęła w formie potwierdzenia Gryfonka i rozejrzała się szybko dookoła, wzrokiem forsując niemal wszystko na swojej drodze. — Skoro ty tu jesteś, to lowelas pewnie też? — zapytała, na co Potter westchnął.
                 — Z nami nie przyszedł.
                 — Och. No tak — wymamrotała, prostując się aż do bólu w plecach. Słysząc otwieranie drzwi od sali Filiusa Flitwicka zerknęła w tym kierunku i… Z trudem przełknęła ślinę widząc, jak Black i Meadowes obściskują się na oczach reszty uczniów. Musiała jedna zachować spokój. Wiedziała, że poprzedniego dnia dość pokazała. — O, profesor otworzył salę. Idziemy?
                Nie czekała na odpowiedź. Zanim którekolwiek z ich grupki zebrało się przy wejściu do pracowni, wcześniej rozszalały tłum wlał się do środka. Gabrielle zabrała z ziemi swoją torbę i puszczona przodem przez Roberta skierowała się do wejścia. Za nią ruszył James i reszta ich paczki, która dołączyła do nich niedługą chwilę wcześniej — poza Syriuszem, oczywiście, który dumnie kroczył przodem, obłapując Dorcas w pasie. Gemma wcale nie żałowała, że to nie była ona! Wcale…! A przynajmniej tak sobie wmawiała.
                Robert poczekał na Arterton. Pomógł jej nawet założyć torbę i puścił przodem, kiedy jeszcze paru niedobitków pchało się do sali. Arterton chciała mu już podziękować, ale zamiast wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, z trudem złapała oddech. Przystanęła nawet, czując jak nogi po raz kolejny robią jej się jak z waty. Kolana zadrżały jej w okrutny sposób, a przed oczami zamigotały jej czarne plamy. Byłaby jęknęła, ale nie miała na to sił. Oblał ją lodowaty pot, kiedy straciła równowagę. Z ulgą odkryła, że upadek nie był bolesny.
                 — Na litość… Gemmo! — wydusił Robert, podtrzymując ją za ramiona. — Jesteś cała? — zapytał, ostrożnie pomagając jej stanąć na równych nogach, kiedy po króciutkiej chwili oprzytomniała. Arterton jednak milczała. — Gemmo?
                 — Nic im nie mów, proszę — jęknęła, z trudem łapiąc oddech. Spojrzała na niego z ukosa. McGregor poza bólem i zmęczeniem, wypisanych na jej twarzy, widział determinację i absolutny brak skruchy. — Proszę cię, Robercie. Tego nie było…
                 — Powinnaś udać się do pani Barnes.
                 — A dupa, dupa, dupa… — wydukała, poprawiając sobie na ramieniu torbę. — Chodź już — mruknęła poirytowana i skierowała się do drzwi, chwilę jeszcze idąc przy ścianie. Wchodząc jednak do środka uparcie zagryzła zęby i wyprostowała się, zmierzając do siedzącej na tyłach sali Gabrielle. Z bólem jednak odkryła, że reszta ich wesołej gromady ulokowała się w tym samym rzędzie. Na szczęście Syriusz usiadł zgoła gdzie indziej — blisko McKinnon i Dorcas. Arterton z niemałym trudem rzuciła tej sielankowej scenie ukradkowe spojrzenie. Zwinnie przeszła na wolne miejsce w towarzystwie McGregora, siadając na samym krańcu siedziska.
                 — Nowi przyjaciele, McGregor? — prychnął zaraz Rudolf, wykręcając do niego głowę. Robert spojrzał na niego z niekrytą obojętnością i wykonał zaraz gest, na który James parsknął donośnym śmiechem, Gabrielle przesłoniła dłonią twarz, a Gemma uśmiechnęła się od ucha do ucha. Lestrange aż pozieleniał. — Uważaj, bo stracisz tego palca.
                 — Tylko się nim nie udław — prychnął Robert, zasiadając na wolnym miejscu pomiędzy Gabrielle a Remusem, który chował twarz za otwartą książką, kurczowo ściskaną przez niego w palcach.
                 — Nie strzęp sobie języka — mruknęła Gabrielle, na co McGregor uśmiechnął się w jej kierunku. — Po prostu się nie przejmuj — dodała, gdy zauważyła jak na nią patrzył. Robert zaś pokiwał delikatnie głową i ujął palcami jej dłoń, którą leciutko ścisnął. Gemma widząc to uśmiechnęła się półgębkiem.
                 — Tak jest, panno Hughes — wymamrotał łagodnie Robert i puścił jej oko. Mógł przysiąc, że twarz Gabrielle niemal w sekundzie nabrała barwy granatu, który jako ostatni szlifowany był na jego oczach przez dziadka.
                 — Szanowni państwo! — Filius Flitwick z trudem wgramolił się na stos książek. Jego głos brzmiał bardzo marnie, z uszu wystawały mu strzępki waty, a nos zdobił lśniący, srebrny instrument, który miał chyba za zadanie udrażniać oddychanie. — Dalej jestem nieco zaziębiony, dlatego bardzo proszę o uwagę na dzisiejszych zajęciach.
                 — Teraz aż mi głupio za to, co powiedziałam wcześniej — jęknęła cichutko Gabrielle, na co Robert ścisnął jej dłoń. Zaraz, zaraz… Dalej ją ściskał? Hughes aż podskoczyła i spojrzała uważnie w oczy Ślizgona, który uśmiechał się do niej w łagodny sposób.
                 — Spokojnie. Przejdzie mu — odparł i zwrócił znów uwagę na profesora. Gabrielle zaś zerknęła na Gemmę, która z niemal skostniałą twarzą wpatrywała się w sylwetkę Blacka. Hughes dobrze wiedziała, że nie należało jej wytrącać z tego stanu. Że z czasem minie. Odetchnęła tylko bezgłośnie i odruchowo przyjrzała się Syriuszowi. Ten jak na zawołanie odwrócił głowę i spojrzał uważnie na ich trójkę. Gabrielle widziała w jego oczach czystą niechęć i nieporozumienie, kierowane do Roberta, dlatego jeszcze leciutko pogładziła kciukiem dłoń McGregora i delikatnie wysunęła ją z jego uścisku, uśmiechając się ku niemu ciepło.
                Black zerknął zaraz na Gemmę. W sekundzie pojął, że spojrzenie Arterton odbiegało od zwykłego, nawet jeśli trwało ledwie chwilę. Jeszcze dobrze nie zdołał z nią porozmawiać i wyraźnie zaciekawił go ten rodzaj spojrzenia, które niemal boleśnie zostało od niego odwrócone. Poczuł się tak, jakby dostał prosto w twarz. Czym było to spowodowane? I skąd wziął się mrok w jaśniejących, iskrzących oczach Gemmy?
                Ocknięcie się było rozczarowujące. Och! Nie był zdolny w to uwierzyć! Gdy ciepła dłoń dotknęła jego policzka pomknął za nią, nie spodziewając się, że gdy zobaczy obok siebie Dorcas, jego męska duma wrogo zagrzmi.
                 — Patrz na mnie — odparła nieco poirytowanym tonem Gryfonka, choć jej twarz nabrała rumianego wyrazu, a jej usta wykrzywiły się w mimetycznie arystokrackim uśmieszku. — Nie tam.
                Black bąknął w odpowiedzi coś, czego sam nie rozumiał i skupił się na wątłej posturze profesora.
~*~
 — Gemmo!
                Głos Blacka zjeżył jej włosy na głowie. Ścisnęła mocniej usta, nawet pod wpływem mocnego spojrzenia Lily nie decydując się na zatrzymanie się. Krocząc schodami niemal słyszała jak podeszwy jej butów głucho pobrzmiewają na tle rozmów i gwaru panującego w Wieży Wielkich Schodów.
                 — Gemmo!
                Nawet nie chciała rozumieć tego, co się właśnie działo. To infantylne zachowanie wcale nie sprawiało jej przyjemności — wolała raczej zmierzyć się z Syriuszem twarzą w twarz i przywalić mu z całej siły w zęby tak, aby szukał ich do końca życia na tych cholernych schodach.
                 — Arterton! — warknął Black, przedzierając się przez stłoczone stado innych uczniów, ignorując deptane po drodze buty i syknięcia, kierowane w jego kierunku. W końcu udało mu się złapać Gryfonkę za łokieć i przytrzymać, aby móc spojrzeć w jej profil. Gemma zwinnie unikała jego wzroku. — Nie słyszałaś jak cię wołam? — fuknął sfrustrowany.
                 — Nie — odparła ostro, niemal grzmiąc w jego kierunku. — Świat nie kręci się wokół ciebie, więc miałam prawo zająć się swoimi sprawami.
                 — Co cię znowu ugryzło?
                 — Znowu? — syknęła, dopiero w owej sekundzie rzucając mu pełne wątpliwości spojrzenie. — Uważaj sobie, Black.
                 — Chodzi ci o ten incydent w pokoju wspólnym? — zapytał, spotykając się zaraz z pogardliwym uśmieszkiem dziewczyny.
                 — Serio myślisz, że będę rozpaczać, bo mną szarpnąłeś? Mam trochę ważniejsze sprawy jak ciągłe zachodzenie w głowę co wyprawiasz ze swoim życiem.
                 — Co? — Syriusz aż wytrzeszczył oczy, dotrzymując Gemmie kroku z niemałym trudem. Sapnął aż, a jego czoło roztargała bruzda irytacji i podminowania. — Mam cię przeprosić, czy co? Nie rozumiem cię już. Powiedz mi, co mam zrobić!
                 — Co masz zrobić, Black? — zapytała, stając po chwili na szczycie schodów. — Powiem ci. A pocałuj ty mnie w rzyć.
                Syriusz niemal posiwiał. Dawno nie spotkał się z tym, aby Arterton była aż tak wulgarna w jego kierunku. Postanowił jednak zagrać tak jak zawsze.
                 — Jak się wypniesz… — mruknął, ruszając zaraz za nią. Gemma syknęła i odwracając się ruszyła na niego, zatrzymując się jednak parę centymetrów przed nim.
                 — Odwal się, Black! Odwal się ode mnie! Wiesz, co zrobisz najlepiej? A idź ty sobie do swojej panny i daj mi w końcu spokój. Z tobą są same problemy, mam cię dość.
                 — Gemmo… — wymamrotał z pełnym niedowierzaniem, przyglądając się temu jak twarz dziewczyny nabiera purpurowej barwy. — Ty…
                 — Won ode mnie! — wrzasnęła wręcz, a odwracając się na pięcie omal nie chlasnęła go burzą włosów w twarz.
                I stał tak, biedny Syriusz, wpatrując się w to, jak sylwetka Gemmy znika za drzwiami pracowni profesor Countington. Jego usta zacisnęły się odruchowo w cienką linię, a rozsypane po twarzy włosy drgnęły, gdy wydał z siebie wzburzony warkot.
                 — Głupia baba — wycedził, odwracając się zaraz na pięcie. W zdumieniu odkrył, że zarówno schody jak i korytarze opustoszały. Ileż musiał tu stać, że tego nie zauważył? Machając już po chwili ręką stwierdził, że tylko zmarnował swój czas i przeogromnie wzburzony przemknął schodami w dół. Jego serce dziwnie drżało, absolutnie niepocieszone zaistniałą sytuacją. Nie chciało słuchać swojego właściciela i przeklinało na niego najdotkliwiej jak mogło. A on dokładał do tego swoje trzy gorsze, pogarszając całą sytuację.
                 — Jeszcze się dzisiaj sama odezwie, jędza… — wyburczał, wciskając dłonie do kieszeni spodni. — A potem będzie płacz i „Syriusz, ja nie chciałam, przecież wiesz!”
                Przedrzeźniał ją tak dobry kwadrans nim przestał, podminowany i zmęczony jednocześnie. Rozświetlone szarym blaskiem dnia korytarze mieniły się na różne sposoby. Syriusz wiedział, że prędzej czy później ten blask wygaśnie i przyjdzie tylko pustka, rozchodząca się po zamku niczym intruz, rozciągająca swe zimne ramiona jak niechciana kochanka, która prędzej czy później zawita do jego łóżka, by otoczyć go swym nieczułym zatroskaniem.
                Znajdując się na parterze bez problemu dostał się do siatki korytarzy, otoczonych gasnącą zielenią. Zewnętrzna część szkoły przywitała go chłodnymi muśnięciami, ale nawet i one nie zdołały ostudzić jego złości. Rozpięta szata Wyzywająco, bez choćby cienia skruchy, powiewała na boki, a biała koszula z niechlujnie zawiązanym krawatem marszczyła się na brzuchu i tuż pod linią piersi, gdy młodzieniec się garbił. Dostrzegając w oddali siedzących przyjaciół chrząknął cicho i machinalnie się wyprostował, przeczesując palcami włosy. Niemal mechanicznie przybrał kpiarskiego wyrazu twarzy, uśmiechając się w stronę Jamesa i Petera. Dopiero po chwili zauważył stojącą obok czwartoklasistkę, spokojnie gawędzącą z Potterem i Pettigrewem.
                 — No proszę, proszę — bąknął James, przenosząc na Blacka uważne spojrzenie. — Czyżby samiec alfa dostał po łbie?
                 — Bardzo zabawne, Potter — zaśmiał się Syriusz, wciskając dłonie do kieszeni spodni. — Witaj, Eurielle.
                 — Cześć, Syriuszu — odpowiedziała niska, drobniutka dziewczyna, której cukierkowa uroda i śliczne, niebieskie oczy zarażały optymizmem. — Jak się masz? Słyszałam już, że spotykasz się z Dorcas. Gratuluję.
                 — Och. — Black wydał się całkowicie zbity z tropu. Spojrzał na młodą pannę Irving autentycznie jak na kosmitkę, szukając przy tym adekwatnych słów. — Cóż. Dzięki. A co u ciebie?
                 — Nie mogę narzekać. Tylko mama kiepsko się czuje ostatnimi czasy. Poza tym wszystko w porządku.
                 — To dobrze.
                 — Za niedługo mecz, prawda? Z kim gracie?
                 — Z Krukonami — odparł James, pocierając leciutko nasadę nosa, kiedy tylko uporał się ze ściągnięciem okularów. — Gramy piątego listopada. Tylko szkoda, że kolejny mecz przypada na środek grudnia i musimy praktycznie rzecz biorąc czekać dwie kolejki na następną rozgrywkę.
                 — A jak radzicie sobie bez Benjamina? — zagaiła cicho, nieco schodząc z pewności swego głosu. — Macie dobre zastępstwo?
                 — Prawdę mówiąc nie zdążyliśmy jeszcze dobrze sprawdzić — odparł Syriusz. — Byrne został z nami dłużej niż przypuszczaliśmy, więc po jednym meczu zamykającym zeszłoroczne rozgrywki ciężko nam powiedzieć.
                 — Rozumiem. A zamierzacie odejść z drużyny po pierwszym semestrze?
                 — Na pewno nie — mruknął James, uśmiechając się do niej bardzo łagodnie. — Nie wiem jak dziewczyny, ale wątpię, żeby Gemma i Gabrielle chciały zrezygnować z quidditcha tylko ze względu na Owutemy.
                 — Oby nie. Z pewnością minie wiele lat zanim w drużynie pojawi się ktoś równie dobry na ich miejsce — wymamrotała, pocierając lekko własny kar. Syriusz przyjrzał jej się dokładnie, mrużąc przy tym odrobinę powieki.
                 — Kontaktowałaś się może z Benjaminem? — zapytał ni z tego, ni z owego. Twarz Eurielle delikatnie spąsowiała, kiedy przeniosła na Syriusza spojrzenie.
                 — Nie. Dlaczego pytasz?
                 — Myślałem, że jesteście blisko. To zwykła ciekawość.
                Irving zacisnęła delikatnie usta. Jej niebieskie oczy spoczęły w końcu z całym zainteresowaniem na drobnym punkcie na posadzce, a drobniutkie, niemal dziecięce dłonie ścisnęły się w pięści. Rozchyliła już usta, aby mu odpowiedzieć, ale odwaga opuściła ją niemal w sekundzie, a niemoc ścisnęła za gardło.
                 — Pójdę już. Miłego dnia — mruknęła bezowocnym tonem i wyminęła Syriusza czym prędzej. Zapach uwięziony w jej jasnobrązowych puklach włosów leniwie poszturchał nozdrza Blacka, który pozostawał na niego niewzruszony, obcy. Ściskając dłonie w kieszeniach spodni, Syriusz odprowadził dziewczynę wzrokiem.
                 — Jak zwykle kurtuazja przez ciebie przemawia.
                 — Hm? — Black odwrócił się w kierunku Jamesa, który mocno ścisnął brwi.
                 — Musisz być takim fiutem? — warknął Potter, na co Syriusz prychnął pod nosem.
                 — A ciebie co znów ugryzło? Hm? Lily dała ci kosza?
                 — Nic mnie nie ugryzło, ale ciebie widocznie aż za dużo. Co? Od przemieniania się w psa pchły zalęgły ci się w trzecim oku?
                 — Nie rozumiem o co się czepiasz — mruknął Syriusz, przysiadając na przeciwległym murku. — Masz gorszy dzień?
                 — Musiałeś dowalić Irving? Co ci zrobiła?
                 — Nie dowaliłem. To była tylko ciekawość. Przecież dobrze wiesz, że czuła mięte do Byrne’a.
                 — I to jest powód, żeby jej robić a złość? Poza tym — tak. Dobrze to ująłeś. Ona czuła miętę. Skąd wiesz, czy Ben też coś do niej czuł? Widziałeś jak zareagowała. Dobrze wiesz, że po incydencie z Elizabeth Irving już…
                 — To co, mam cię teraz przeprosić, że tak zrobiłem żebyś dał już spokój? — Black przerwał mu, śmiejąc się pod nosem, ale James ani myślał mu odpuścić. Niemal spiorunował go wzrokiem. — Daj spokój, jak ją tylko zobaczę to ją przeproszę.
                 — To coś zmieni? — James przyjrzał mu się uważnie, niemal unosząc przy tym brwi. Wprawdzie zdawał sobie sprawę z tego, że Black może i nie chciał nikogo urazić, ale mając do niego żal postanowił utrzeć mu nosa. Jego orzechowe tęczówki spozierały na przyjaciela niemal ironicznie karcąco. — Cofniesz to, co jej powiedziałeś? Raczej wątpię. Może i przeprosisz, ale to nie wymaże przykrości.
                 — James…
                 — Ty całe życie robisz jedno, potem drugie i nagle przepraszasz! — oburzył się, a jego nozdrza drgnęły nieubłaganie. — Co ty najlepszego robisz?
                 — A czym teraz konkretnie mówisz? — zapytał po dłuższej chwili milczenia Black, nieco ściskając szczęki. Wyraz jego twarzy zmarniał. Widać było blade przebłyski na jego policzkach.
                Potter podniósł się z miejsca. Miał zaciśnięte usta, jego nozdrza ciągle dygotały, a dłonie zbiły się w pięści. Uniósł jedną z nich, ale tylko po to, aby docisnąć sobie wierzch dłoni do ust. Dopiero po tym złapał głębszy oddech i zmierzył przyjaciela od góry do dołu.
                 — Co ty wyprawiasz, Łapo? Co to, na Merlina, ma znaczyć?! — wycedził cicho pod nosem, niemalże zgrzytając ze złości zębami.
                 — Co takiego?
                 — Nie udawaj głupka — warknął, podchodząc do niego bliżej. — Dorcas. Co to ma niby znaczyć, co?
                 — No jak to co? Spotykamy się… — wymamrotał niechętnie Black, zaraz obojętnie wzruszając ramionami. — Wielkie mi rzeczy. Takie jest życie.
                 — Nie pierdol mi tu o życiu, złamasie! — Potter nie wytrzymał. — Niby kiedy i gdzie się to zaczęło?! Pokaż mi to i będziemy kwita! Bo przez parę ostatnich miesięcy zauważałem tylko tyle, że to ona ślini się na twój widok! W jedną noc zrozumiałeś, że to „Ta jedyna”?!
                 — Odwal się, Potter — syknął Black, również wstając. Kątem oka dostrzegł jak Peter drży, widocznie gotów aby ich uspokoić. Nie wtrącał się jednak. — Myślisz, że tylko tobie można być szczęśliwym?
                 Szczęśliwym? — zdumiał się James. Zaraz aż się roześmiał. — Nie rozśmieszaj mnie. To kolejny artefakt? Tak jak McKinnon?
                 — Kiedy ty w końcu oprzytomniejesz, Rogacz?! — Syriusz wyminął go i przeczesał palcami włosy. — Daj mi spokój. Nic innego nie robisz, tylko mnie pouczasz. Daj mi w końcu żyć i nie wtrącaj się. To jest szczęście i choćbym miał je sobie narysować, zrobię to.
                 — Tak? To świetnie. — Potter poprawił okulary na czubku nosa i pokręcił głową. — Jesteś skończonym kretynem i egoistą.
                 — Bo co? — Black odwrócił się do niego tak szybko jakby zarobił obuchem w tył głowy.
                 — A co z Gemmą?
                 — Jak to co? — wydusił zszokowany Black. — Co miałoby z nią być?
                 — Black… Ja nie mam do ciebie słów. Autentycznie, nie mam słów i cierpliwości… Zalecasz się do niej tygodniami, a teraz robisz coś takiego.
                 — Meadowes przynajmniej nie wyzywa mnie od dupków i nie odpycha od siebie.
                James zacisnął szczęki. Black mógłby przysiąc, że Potter z trudem powstrzymał się od rzucenia na niego z pięściami. Odetchnął jednak i zaraz pokiwał głową.
                 — Jeszcze będziesz gorzko płakać.
                 — Obyś miał rację, Potter. Inaczej będziesz mi truł tyłek do końca życia, że przegrałeś.
                 — Ta, jasne. Idź do swojej łatwizny — warknął i złapał za swoją torbę. — Dupek — dorzucił i zaraz ruszył w kierunku przeciwnym jak ten, w którym początkowo zmierzał Black. Ten zaś stał osłupiały, zupełnie jakby wykuto go w marmurze. Z pewnością, gdyby nie zszokowanie, zareagowałby od razu. Lecz w głębi duszy czuł, że nie zdołałby już bardziej pokłócić się z Jamesem.
                Peter drgnął w końcu. Poprawił sobie torbę przez głowę i odetchnął, spoglądając na Syriusza badawczym wzrokiem.
                 — W porządku?
                 — Nie — burknął pokrótce Black, zaciskając boleśnie usta.
                 — Poradzisz sobie?
                 — Postaram się.
                Pettigrew pokiwał głową. Zrobił parę kroków do przodu, ale zaraz zatrzymał się, spoglądając na Syriusza przez ramię.
                 — Nie przejmuj się. Bardzo dobrze zrobiłeś. Gemma nie jest dla ciebie.
                Black spojrzał na Petera półprzytomnie. Co on właśnie powiedział? Serce mu drgnęło, a twarz odrobinę posiwiała. Nie dla niego? Ale… Przecież…
                 — Pamiętaj o naszej rozmowie, Syriuszu. Do zobaczenia na treningu.
                Przecież Peter miał rację. Wcale mu na Gemmie nie zależało! Po co mu ona? Po co?! Skoro wolała pokazywać mu nerwy i pieklić się za wszystko co robił, to na co mu ona w jego życiu? Czuł, że lepiej będzie mu bez niej.
                Tak. Czuł, że jemu będzie lepiej. Coś ścisnęło go za serce, ale zamiast rozwodzić się nad osiadającym na jego ramionach ciężarem, ruszył we wcześniej wyznaczone sobie miejsce. Tam, gdzie ktoś go chciał i mógł przywitać go z otwartymi ramionami. Tam, gdzie ktoś patrzył na niego z uznaniem, szacunkiem i podziwem!
                Stąpając prawie prostym korytarzem układał w myślach szachownicę swej frustracji. Jego zaciśnięte w pięści dłonie dygotały pod wpływem emocji, a policzki poczerwieniały niczym dojrzałe jabłko. Widoczne kości policzkowe pobłyskiwały w marnej smudze światła dziennego, a włosy falowały przy każdym kroku. Twarz go paliła.
                Przechodząc pod ozdobionym wątłymi płaskorzeźbami portykiem dotarł na niewielki placyk, na środku którego tliła się fontanna. Tliła… Tak przynajmniej wyglądała w oczach Syriusza. Jesienne kwiaty, które jakiś sromotny uczeń musiał wyczarować na kamiennej ozdobie ku złości nauczyciela, przypominały mu ogień. Niecierpki nowogwinejskie i begonie stale kwitnące, o soczyście czerwonych kwiatuszkach niezwykle elegancko przeplatały się z większymi herbaciano —żółtymi chryzantemami, a bujny wiciokrzew Browna o kolorowych kwiatach w kształcie trąbek rósł tak obficie, że spoza żółtych, pomarańczowych i czerwonych płatków z trudem można było dostrzec zieleń liści. Syriusz nie znał się na kwiatach, ale jakaś część jego intuicji podpowiadała mu, że normalnie kwiaty te nie powinny żyć bezpośrednio w wodzie.
                Kojarząc te kolory z kimś, o kim aktualnie w ogóle nie powinien myśleć, czym prędzej odwrócił wzrok, skupiając go na siedzącej na ławce Dorcas. Dostrzegając Syriusza uśmiechnęła się od ucha do ucha i podniosła na równe nogi.
                 — Jesteś wreszcie. Już myślałam, że o mnie zapomniałeś.
                Black nawet jej nie odpowiedział. W głowie szumiało mu tak intensywnie, że omal nie zemdlał. Do końca nie wiedział co się z nim dzieje… Głosy, które aktualnie słyszał, czyjekolwiek by nie były, zlewały mu się w jeden, a kolana miękły, ilekroć nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi z nim serce. Nieposłuszne ścierwo…
                Paroma szybkimi krokami zbliżył się do Gryfonki i ujął jej twarz w dłonie. Te ciemne pasma, przeplatające się między jego palcami… one żyły w jego głowie. Miały inny odcień i zgoła odmienną strukturę. Brakowało mu tchu. Tak bardzo chciał już nie myśleć! Docisnął swe usta twardo do warg Meadowes, która wydała z siebie niemal zduszony okrzyk. Black nie chciał się hamować. Przynajmniej nie wtedy. Jego pocałunki stawały się ostre, natarczywe, ale nic poza tym. I chociaż ich usta się stykały, ich ciała były odchylone od siebie niczym dwa identyczne bieguny magnesów.
                Trwało to chwilę, nim powieki Syriusza odrobinę uchyliły się, rzucając niewyraźne spojrzenie na postać Dorcas. Przez chwilę trwał w tym pocałunku kompletnie pogrążony, mając przed oczami nie jasną karnację i na wpół uchylone powieki, a jasnooliwkowy odcień skóry i usiane gęstymi rzęsami oczy, które już po chwili łypnęły na niego swym złotem.
                Serce Syriusza ścisnęło się spazmatycznie. Te oczy…
                Rozchylając powieki mocniej i wyostrzając wzrok obraz mu się rozjaśnił. To nie złote oczy, tylko szaroniebieskie. To nie ciemnoczekoladowe pukle, nastroszone w bojowej pozie, a gładko uczesane, niemal czarne włosy. To nie Gemma — starał się sobie uświadomić, gdy jego pocałunki stały się znów szorstkie i szablonowe.
                Nie Gemma.”
~*~
 — Nie, na odwrót — żachnęła się Gabrielle, dopinając w międzyczasie skórzaną rękawiczkę bez palców. Ściągnęła rzepy i przytwierdziła je na swoje miejsce, dopiero po tym spoglądając na Roberta.
                 — Gabrielle, mówię ci, że tak — wymamrotał Robert, poprawiając sobie torbę na ramieniu. — Jakby miało być na odwrót, to za nic w świecie byś nie wyhamowała.
                Gemma człapała za dwójką w milczeniu. Co rusz ściskała szczęki, szurając skórzanymi butami to o mokrą trawę, to o kamyczki. W powietrzu unosił się zapach ledwo minionego dreszczu, który pozostawił po sobie niewiarygodnie ciepłe wspomnienie. Żaden uczeń Hogwartu nie pamiętał, kiedy w środku października deszcz był aż tak ciepły. Rozbieżność temperatur sprawiła, że w oddali blisko skraju lasu pojawiła się mleczna, gęsta mgła, z każdą chwilą coraz odważniej wstępująca na błonia. Arterton przyglądała się temu zjawisku na zmianę z drugim — mianowicie ćwierkającej uciesznie Hughes, która w towarzystwie Roberta odżyła. Z pewnej strony bała się, że traci część swojej przyjaciółki, z drugiej czuła zazdrość, gdyż jej nie było to dane. Ale tak naprawdę i całkiem w głębi duszy cieszyła się, że Gabrielle w końcu odczuwa szczęście i nie zamyka się wyłącznie w ciasnym gronie Gemmy i jej genialnym arsenale humorków. Choć, trzeba przyznać, jej nastroje były warte zapalenia świeczki — w ostateczności dwóch tuzinów.
                Kiedy McGregor lub Hughes odwracali się w jej kierunku od razu przywdziewała na usta uśmiech. Nieco skwaszony, ale dwójce maszerującej przodem w zupełności wystarczyło to, co widzą, aby dać jej spokój. Arterton celowo zwalniała, ilekroć Ślizgon odwracał z jej przyjaciółką wzrok, spoglądając na siebie wzajemnie. Potrzebowała ogromu samotności i ciszy. Problemy trzymały się jej tak, jak młode dziecko nogawki matki. Nie wiedziała nawet od czego zacząć, aby posprzątać ten cały bałagan w jej głowie. Gdy myślała chwilę za długo o rodzicach, dziadku, szkole i tym przeklętym dzwonie — Blacku — czuła się tak, jakby dopadła ją gorączka. Co gorsza, nie sposób jej było oddzielić od siebie problemów i poszufladkować ich względem stopnia ważności. Brat mieszał jej się z dziadkiem, a ten z kolei z rodzicami. Tylko szkoła pozostawała tematem pozornie zamkniętym — przynajmniej dopóki nie uświadamiała sobie ogromnego powiązania jej z Syriuszem.
                Odetchnęła głęboko, pocierając solidnie kark. Był twardy jak kamień, dotykała go z ostrożnością. Nie była bowiem pewna, czy przez parę ostatnich godzin nie zdołała zamienić się w głaz. Podniosła znów wzrok na idących przed nią Roberta i Gabrielle. Śmiało stwierdziła, że pasowali do siebie i nawet drobne nieścisłości były nic nieznaczącymi mankamentami. Złapała się na tym, że na jej ustach pojawił się leciutki uśmieszek. Początkowo zachciała się go pozbyć, ale pomyślała, że jeśli po raz kolejny tego dnia ma zobaczyć Blacka i Meadowes razem, to lepiej aby uniosła głowę i przynajmniej udawała, że ma to głęboko w poszanowaniu. Cóż, usiłowała nawet zmusić się do myślenia, że naprawdę ma to w nosie.
                Jej myśli przerwał cichy pomruk, dochodzący niemal idealnie z ziemi, tuż przed jej lewym bokiem. Uniosła nieco brwi i przeniosła zaciekawione spojrzenie na drobną istotę, leżącą na plecach na lepkiej od deszczu trawie, zroszonej dodatkowo jej wygniecionymi od ciężaru butów sokami. Istota, będąca oczywiście dziewczyną, miała potwornie jasne blond włosy, karmelową opaleniznę i nienaturalnie turkusowe oczy, wlepione w poszarzały od chmur nieboskłon. Arterton zdała sobie sprawę, że dziewczyna wcześniej coś powiedziała, a ona tego nie zrozumiała.
                 — Co? — wymamrotała zaraz, przestając na moment.
                 — Nie „co” tylko „proszę” — odparła dość oględnie jasnowłosa. — Pytałam dlaczego lew spuszcza łeb? Drapieżniki żerują, nie podkulają ogona.
                Gemma niemal parsknęła śmiechem, ale robiąc to dawała bardziej upust swojemu przeogromnemu zdezorientowaniu, niż rozbawieniu. Uniosła brwi i wygładziła zaraz materiał swetra na swoim brzuchu.
                 — Nie wiem, czy wiesz, ale lwy nie polują, tylko leniuchują. To lwice odwalają brudną robotę.
                 — Mówiłam gatunkowo — burknęła blondynka i przeniosła w końcu oburzone spojrzenie na towarzyszkę. — To inaczej. Czemu dziewczyna, na widok której mężczyźni zasłaniają zęby i przyrodzenia, chodzi z tak strapioną miną?
                 — Bo… — Arterton urwała. Z nadmiaru różnorakich emocji zatchnęło jej w gardle. — Co? — wydusiła ponownie, spoglądając na blondynkę z takim wszechobecnym zdumieniem, że nie mieściło się ono na jej twarzy. Bardzo szybko przeszło ono w zastanowienie. Nigdy nie zwróciła uwagi na to, aby młodzieńcy zakrywali teczkami krocza gdy przechodziła obok. — Nie ważne. Dlaczego zadajesz pytania osobie, której praktycznie nie znasz?
                Blondynka uśmiechnęła się. Leniwie potarła palcami swój brzuch, wydając z siebie mdłe westchnienie. Gemma dopiero po chwili dostrzegła herb Hufflepuffu naszyty na jej kardiganie.
                 — Tak potencjalnie rzecz biorąc, to wszyscy się po trochu znamy. Tylko ze sobą nie rozmawiamy.
                 — Wymijające te twoje odpowiedzi — burknęła Gemma, zgrzytając niezauważenie zębami. — Wybacz, ale śpieszę się. Mam trening, a niedługo rozgrywki i wolałabym się do nich przygotować…
                 — Rąsia.
                 — Że co? — Arterton spojrzała ponownie na Puchonkę, choć ledwo zdołała przesunąć wzrokiem po trawie. Dostrzegając wyciągniętą ku górze rękę niemal ścisnęła usta.
                Gemma wywróciła z wysiłkiem oczyma i złapała zaraz za dłoń wychowanki Hufflepuffu. Wyjątkowo silna nie była, ale nie odczuła zbytniego problemu z podniesieniem jej.
                 — Och, dziękuję — odparła i podniosła na Gryfonkę uśmiechnięte, egzotyczne oczy. Jej twarz całkowicie spoważniała, a źrenice rozszerzyły się. — Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego nie idziemy do tyłu albo nie cofamy się w przód?
                Och. Jeśli Arterton sądziła, że to koniec dziwacznych kontemplacji tego dziewczęcia, była w błędzie. Nie do końca wiedziała jakiego wyrazu przybrała jej twarz, a nawet i temu odczuciu nie byłaby w stanie zaufać — zbyt mocno zachwiano spokój jej duszy.
                 — Bo to fizycznie niemożliwe i nielogiczne. Po to ktoś powiedział, że się cofamy, aby nie tworzyć oksymoronu. Jak możesz cofnąć się do przodu?
                 — Wiesz, że ludzkie oko odbiera obraz do góry nogami?
                 — Co z tego? — wymamrotała Gemma. Zaraz rozszerzyła szerzej oczy, gdy twarz nieznajomej zbliżyła się w niebezpieczny sposób do jej twarzy. Puchonka miała zaciętą minę myśliciela.
                 — To skąd pewność, że nie poruszamy się normalnie do tyłu, a nasz mózg każe nam myśleć, że to kierunek przeciwny?
                Arterton ponownie poczuła suchość w ustach.
                 — Yyy… — wybełkotała, patrząc tak w oczy dziewczyny, dopóki ta nie pokręciła głową i znów promiennie się uśmiechnęła, wyciągając w jej kierunku dłoń.
                 — Jestem Eileen. Eileen Hood. Siostra Marcusa. Teraz mnie znasz, więc możesz odpowiedzieć na moje pytanie.
                Gemma odetchnęła cicho. Zrozumiała już wtedy, że tej istoty nikt i nic nie przegada. Złapała relaksujący, głęboki oddech, ściskając dłoń Eileen z wyczuciem.
                 — Gemma Arterton.
                 — Znam. Nie musisz się przedstawiać — sprostowała, przestępując z nogi na nogę.
                 — Czemu mnie to, Boże, nie dziwi? — stęknęła Arterton, pocierając palcami kark. Był jeszcze bardziej napięty niż dotychczas. Spojrzała po raz kolejny na swą towarzyszkę, jej brew lekko drgnęła ku górze. — Siostra Marcusa, tak? A więc, siostro Marcusa, wiedz, że moje spuszczenie łba ma sekretny powód, którego nie mogę rozpowiadać na prawo i ledwo. — Gemma poprawiła ochraniacz na łokciu, odwracając się przodem ku przetartej ścieżce wiodącej na boisko i ruszyła nią przed siebie.
                 — Rozumiem, że to sprawa życia i śmierci? — zagaiła Hood. Gryfonka westchnęła. Poddała się, wiedząc że nie pozbędzie się natrętnej Puchonki.
                 — Coś w tym stylu.
                Cisza zapanowała niespełna na chwilę.
                 — Marcus mówił, że bardzo dobrze grasz.
                 — Naprawdę? — Gemma obejrzała się na kroczącą za nią Eileen. Jej oczy były tak jaskrawe, że Arterton musiała mrugać, gdy im się przyglądała. — Co jeszcze mówił?
                 — Och, nic z tych rzeczy, bez obaw — mruknęła rozbawiona Puchonka, wzruszając przy okazji ramionami. — Marcus na ciebie nie „leci”.
                Arterton prychnęła, aż parskając po chwili śmiechem. Spojrzała na blondynkę chyba pierwszy raz z ukłuciem rozczulenia.
                 — Dzięki Bogu. Lubię twojego brata, ale nie pomyślałabym o nim w takich superlatywach.
                 — Ale ja wiem — uspokoiła ją Eileen, zatrzymując się dopiero przy szatni Gryffindoru. — Po prostu cię upewniam.
                 — Dziękuję — odparła szczerze Gemma i przyjrzała się Puchonce. Miała ją już wygonić, ale ta niemalże od razu rozdziawiła usta w pytaniu.
                 — Mogę zostać i popatrzeć?
                Arterton przestąpiła z nogi na nogę. Rozejrzała się po wszystkich swoich znajomych, zajętych różnymi rzeczami. Przy boku Gabrielle nie było już dłużej Roberta — widocznie czmychnął, nim którykolwiek zawodnik Gryffindoru dostrzegłby w nim konkurenta. Nikt jednak nie przyszedł jej z pomocą, a… Spięła się, napotykając spojrzenie Blacka. O nie! Arterton poczuła, że Eileen musi zostać. Mogła przy odrobinie szczęścia zagdakać tego durnia.
                 — Jasne. Najwyżej powołaj się na mnie. Tylko nie próbuj wygadać swoim koleżkom z drużyny niczego o naszej taktyce, inaczej cię obedrę ze skóry i zrobię z niej ochraniacz na tyłek.
                 — Ma się rozumieć — mruknęła Hood, kierując się w zagadkowym milczeniu na trybuny. Gemma zauważyła, jak młoda Puchonka obcina po drodze ostrym wzrokiem sylwetkę Dorcas, uwieszającej się na ramieniu Syriusza. Eileen obejrzała się na Arterton z mocno wytrzeszczonymi oczyma i ściśniętymi w grymasie ustami. Jeszcze tego brakowało, żeby w jednym miejscu siedziała Meadowes i Hood! Jeśli Eileen miała charakter Marcusa, mogło się to źle skończyć. Dla Dorcas, oczywiście.
                Gemma spokojnie skierowała się do składziku na miotły. Ze środka wyciągnęła miotłę, na której wisiała czerwona wstążeczka — i za cholerę nie mogła dojść, skąd ona się tam wzięła — oraz skrzynię z piłkami. Ściskając wargi wpakowała sobie drewnianą skrzynię pod pachę, z oporem ją tam mieszcząc i z trudem, dość nieukrywanym, doczłapała do ławeczki, na której ustawiła przedmiot. Wstyd było jej się przyznać, ale siły uchodziły z niej niemal tak szybko, jak soki z wyciskanej cytryny. Ręce niemal jej zesztywniały, a przestrzeń w płucach zdawała się krztusić piaskiem. Arterton przetarła ukradkiem czoło, które w tak krótkiej chwili zdążyło zalać się potem. Miała ochotę kląć jak szewc z rozdrażnienia, a potem położyć się do łóżka i zasnąć. Ogarniające ją uczucie pustki i bezsilności nigdy nie było tak bolesne dla jej dumy.
                 — Gemmo? — Głos Jamesa doszedł do niej z lekkim opóźnieniem. Spojrzała na przyjaciela z wysoko uniesioną brwią w geście niemego pytania. Potter drgnął. — Dobrze się czujesz?
                 — Ta, a co? — burknęła, prostując się.
                 — Bo nie wyglądasz — odparł, podchodząc bliżej. Przesłonił ją przed resztą całym swoim ciałem. — Jesteś siwa. Źle się czujesz? — zapytał, marszcząc przy tym czoło. — Jak chcesz, to wróć do zamku, odbijesz sobie dodatkowy trening przy innej okazji.
                 — Nie ma mowy, James — mruknęła, uderzając zaraz ochraniaczem na kolanie o skrzynię. — Jak taki z ciebie gentleman, to zanieś to na boisko, proszę — rzuciła, dając mocny nacisk na ostatnie słowo.
                Potter odetchnął głęboko — co by przypadkiem nie powiedział czegoś ostrego lub mało taktownego. Złapał za skrzynię i wpakował ją sobie pod ramię. I choć starał się nie okazywać dyskomfortu, Gemma dostrzegła prężącą się na jego szyi żyłę. W locie przejęła jego miotłę, bez słowa ruszając z nim na boisko.
                Dopiero gdy dotarli na miejsce i skrzynia wylądowała na ziemi, James odważył się zabrać głos.
                 — To… Jak się czujesz?
                 — Normalnie.
                 — Na pewno?
                 — To przyjacielska rozmowa, czy wizyta u psychologa?
                Potter zmarszczył nos. Przyjrzał się Gemmie z uwagą, chwilę dumając nad znaczeniem mugolskiego słowa „psycholog”.
                 — Wiesz, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie? To niekulturalne — odrzekł, odpuszczając dla dobra swojej godności pytanie o tego tajemniczego „psychologa”.
                 — A od kiedy to przejmujesz się moim brakiem wychowania? Poza tym… wszystko w porządku — wymamrotała, podając mu jego miotłę. — Nie wyspałam się, to dlatego.
                Potter bez słowa wywrócił oczyma i zaraz otoczył Arterton ramionami, ściskając mocno. Gemma wytrzeszczyła oczy i znieruchomiała.
                 — Co robisz?
                 — No… Tak podobno robią przyjaciele, nieprawdaż? — mruknął z irytacją w głosie. — Wy jesteście wrażliwsze na przykrości niż my. A poza tym, przytulanie wpływa pozytywnie na sen i dobry nastrój. Lily gdzieś to przeczytała.
                 — Na Merlina, tak. O ile uścisk nie przypomina pnączy diabelskich sideł. Dusisz mnie, kretynie.
                 — Ja wiem… — James przybrał dramatycznego tonu. — To zaraz przestanie boleć. Oddychaj głęboko…
                 — Dobry żart — przerwała mu Gryfonka, niemal tonąc w uścisku.
                 — Za twą krzywdę na kroczu jego kamień osiądzie — kontynuował bez zwrócenia na jej komentarz uwagi. Pieszczotliwie poszarpał jej czuprynę, z przeogromnym trudem powstrzymując śmiech. — Lepiej ci, niewiasto?
                 — Gemma parsknęła cichym śmiechem, poddańczym gestem oplatając jego talię ramionami.
                 — Głupiś jak but.
                 — Ale i tak mnie kochasz.
                Arterton pokręciła głową i poklepała Jamesa pieszczotliwie po plecach.
                 — Niech ci będzie. Już możesz mnie puścić, zdecydowanie lepiej się czuję.
                 — Wolałbym poczekać aż ten skończony idiota to zobaczy. — Potter niemal zazgrzytał zębami, na co Gemma wywróciła oczami.
                 — Nie ma o czym mówić. Poza tym jesteśmy jak rodzeństwo, to go raczej nie ruszy.
                James uśmiechnął się pod nosem. Taka reakcja ze strony Gemmy z pewnego punktu widzenia sprawiała mu radość — z innego zaś uświadamiała, że Gemmie jednak zależy. Mogła się wzbraniać — to czysta i ludzka reakcja, ale dla Pottera jasnym było, że jego przyjaciółka robiła to tylko po to, aby ukazać swą psychiczną siłę i wyższość nad romansami Blacka. Z perspektywy spędzonych razem lat była to przygnębiająca maniera, którą należało — tak czy siak — znieść, przetrawić i zaakceptować, czyjąkolwiek by nie była.
                 — Ciężko ci z tym, prawda? — zapytał. Jego głos zagadkowo drżał i on sam do końca nie rozumiał dlaczego. Wyczuł, jak Arterton drgnęła w jego uścisku.
                 — Bywa i tak — mruknęła nostalgicznie, wygrzebując głowę spod coraz to ciaśniejszego ucisku Jamesa. — Możemy zmienić temat?
                Potter wyczuł w tym ciche przytakiwanie. Nie mniej jednak zareagował.
                 — Znów od tego uciekasz — burknął poirytowany i strzepnął zaraz nieistniejący kurz z ramienia. Cofnął się o krok, a jego oczy zwęziły się, zupełnie jak pod wpływem zbyt mocnego światła. Gemma czuła i wiedziała, że Potter wykonywał ten gest z jasnych przyczyn — oburzenia i poczucia wzgardzenia nim. Wiedziała też, że z reguły szybko zapominał — a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Jak to Huncwot.
                 — Taki mój urok, Potter. Rusz się — bąknęła, rzucając mu jego miotłę. — Lepiej się ruszaj, żeby ci bęben nie urósł. — Mówiąc to szturchnęła końcem swojej miotły brzuch Pottera.
                 — Nie mam bębna i mieć nie będę! — obruszył się, na co Arterton jedynie prychnęła w ironiczny sposób. Kręcąc głową dosiadła miotły i uniosła się na niej parę metrów nad ziemię, spozierając na otoczony mgłą świat. Ach, dzień już tak szybko chylił się ku końcowi! Szkocki krajobraz szarzał w oczach, dogasał przed nadchodzącą małymi kroczkami zimą. Gemma obniżyła lekko rączkę miotły, by zrównać się mniej-więcej wzrostem z Potterem. — Mogę cię zapewnić, że nadchodzący mecz będzie niezapomnianym.
                 — Co masz przez to na myśli?
                Gemma uśmiechnęła się zagadkowo. Jej ogniste tęczówki przemknęły po twarzy Pottera z prędkością złotego znicza. Arterton czuła, że zbliżający się mecz quidditcha pozwoli jej odbić się od dna. Na jej twarzy pojawiał się coraz szerszy, czerwieńszy uśmiech. Potter wystraszył się, że coś się dzieje, ale nie zdołał zareagować. Gemma mknęła już w górę…
                Zaiste. Działo się. Arterton pojmowała swój stan ducha jako mocno zmieszany. Tak bardzo, że aż bezpłciowy. I w istocie, ją samą irytowało, że nie reflektowała położenia granicy powagi i błahości sytuacji dotykających ją za życia. Ograniczenie spraw sercowych do wartości błahych nie wychodziło jej tak dobrze, jak na przykład wpadanie w kłopoty, a sytuowanie nauki na pierwszym miejscu przyprawiało ją o ból głowy. „Czy to ten wiek, o którym mówiła mama?”, przebiegło jej przez myśl, gdy przelatywała nad najwyższym ze słupków bramkowych. Przecież Catherine Arterton aż za często wspominała o chwili, w której młode kobiety wierciły się we własnych ciałach, a ich umysł nie nadążał nad emocjami, z kolei ich powłoki nie wyrabiały na przysłowiowych „zakrętach”, w które wprowadzała je głowa. Syriusz zaś był w jej umyśle katalizatorem — bynajmniej nie uczucia do niego. Nie! To ON siał zamęt w jej głowie, to on nakręcał swą karuzelę, na której Gemma była tylko sparaliżowanym ze strachu dzieckiem.
                Było jednak i coś poza tym. Endorfiny w jej ciele mieszały się z adrenaliną, staczały zaognione bitwy, a jej pozostawało tylko udzielać się względem ich zwodniczych melodii. A jednak — zdążyła o zauważyć — istniały jeszcze rzeczy, które naprawdę ją cieszyły. Jak quidditcha, kremowe piwo i wypady do Hogsmeade, okraszone barwnymi rozmowami i żartami — nawet, jeśli Syriusz brał w tym udział.
                Wiatr rozdmuchiwał kosmyki jej włosów, pęd smagał jej skórę, a mięśnie spinały się z każdym skrętem tułowia. Tam na dole, o tam, gdzie pozostawiła Jamesa, opuścił ją też strach i zły humor. W chwili gdy oderwała nogi od ziemi poczuła, że znów słodko igra z czasem i przeznaczeniem. Dudniło jej w uszach… I było to tak piękne, iż niemal nie do zastąpienia.
                Do Pottera dołączyło grono Gryfonów, dotychczas zebranych przy szatniach. Potter początkowo nie zareagował na towarzystwo, przyglądając się kręcącej bączki w powietrzu przyjaciółce. Na jego ustach wykwitł dumny uśmiech, kiedy po twarzy Blacka błąkało się jedynie zmieszanie i lęk.
                 — Spadnie — bąknął ledwo słyszalnie Syriusz, lecz nie umknęło to uwadze Dorcas, która ciągle się do niego kleiła. Słysząc słowa swojego wybranka ścisnęła lekko usta i zadarła głowę na Arterton, która szybowała coraz niebezpieczniej.
                 — Trzyma się mocno. Nie spadnie. W końcu tyle z wami gra… — mruknęła, a wtedy Gemma nieco drgnęła na miotle. Black omal nie stęknął, na co Meadowes wywróciła oczyma. — Na Merlina, Syriuszu. Masz jakiś atak, czy co?
                 — Nie widzisz? — burknął w jej kierunku, wskazując na Arterton. — O mało nie zleciała!
                 — Daj spokój, już! — fuknęła, na co stojąca za nimi McKinnon wycofała się w kierunku trybun, a Gabrielle zgrzytnęła cichutko zębami. — Przecież to zwykłe popisy…
                 — To trening. Nie popisy — poprawiła ją Hughes, mijając zaraz. Z ogromną boleścią powstrzymała się przed pociągnięciem jej z przysłowiowego „barka”.
                 — Tak. Tylko jakoś ona jedyna ćwiczy. Siłą rzeczy… co chce tym pokazać, udowodnić? — mruknęła, odgarniając czarne kosmyki za ucho. Potter zaraz po tym zmierzył ją równo z góry na dół, a potem rzucił krótkie spojrzenie Łapie. Następnie powrócił do obserwowania przyjaciółki.
                 — Gemma nie musi nikomu niczego udowadniać. W przeciwieństwie do innych.
                James, napotykając ukradkowe spojrzenie Gabrielle, puścił je perskie oko, na co ona z trudem pohamowała parsknięcie. Zaraz poderwała się do lotu na swojej miotle i z gracją, niewymuszoną lekkością dołączyła do przyjaciółki. Hughes cieszyła się, że oczy Gemmy krzyczały, że łaknęły — przecież to dowód na to, że chciała żyć.
                Syriusz zaś autentycznie zaczął wstydzić się swej wybranki. Zamiast jej słodkich perfum czuł tylko przeogromny ciężar. Dorcas Meadowes była jego dziewczyną drugi dzień… a już zaczynała mu ciążyć. Och, zgrozo!
~*~
 — To jeden z lepszych treningów w naszej karierze — odparł James, ocierając mokre od potu czoło. — Jeśli mam być szczery, odechciało mi się głupot na dzisiaj.
                 — A więc moje ego może być bezpieczne? — zapytała Gemma, sapiąc raz po raz. Nie mogła ostygnąć — jej zaczerwienione policzki były tego najznakomitszym dowodem.
                Potter prychnął wyraźnie rozbawiony.
                 — Twoje ego nigdy nie może być przy nas bezpieczne — odparł, śmiejąc się jednak wraz z Arterton. Gabrielle wtórowała im w tych półgłosach.
                Arterton odetchnęła wycieńczona. Ustawiła wraz z Potterem kufer z piłkami na jego miejsce w składziku i odłożyła miotłę.
                 — Robię się na to za stary.
                 — Ty to powiedziałeś, James — rzuciła lekko Gemma, a Hughes poklepała Pottera po ramieniu.
                 — Odpocznij sobie — mruknęła łagodnie Gabrielle. — Gemmo, idziesz?
                 — Tak, tak. Już — burknęła, pochylając się, aby poprawić sznurowadło od buta. — Zaraz do was dołączę, idźcie, idźcie…
                 — Dobrze — mruknęła Hughes, rzucając zaraz szybkie spojrzenie w bok. Od razu złapała Jamesa za łokieć, ciągnąc go za sobą.
                Black stał nad Gemmą. Przynajmniej duszą, którą doglądał jej, bo ziemia okazała się zwodniczą pułapką. Grawitacja zatrzymywała go jeszcze w absolutnym bezruchu. Arterton była tą energią, tym celem, który chciał osiągnąć, dotrzeć do niego. Odetchnął cicho, zbierając w sobie siłę, której tak naprawdę nie posiadał — gdyby bowiem było inaczej, nie doszłoby do takich dantejskich scen. Zrobił krok, potem drugi… To nie było wcale takie trudne! Trzeci i… Poczuł, jak coś w niego uderza. Zachwiał się, drgnął, a potem jego wzrok odkleił się od postaci Gemmy, uciążliwie wiążącej buty. Dostrzegł tylko jak i jej ciało dygoce przez zamieszanie za nią. I w istocie poczuł się z nią złączony…
                 — Przepraszam! — zapiszczała Dorcas, łapiąc Syriusza ciasno za szyję.
                 — Niechcąco ją szturchnąłem — przyznał przepraszająco Peter, robiąc się całkowicie czerwony na twarzy. Meadowes obrzuciła go jednak mało sympatycznym spojrzeniem, starając się zachować swój spokój tylko dlatego, że wpadła na Blacka, a nie wybiła sobie zębów na krzywej i wyszczerbionej ławce.
                Gemma spojrzała na nich przez ramię. Jej usta ścisnęły się mocno, a wzrok wypalał dziurę na środku czuła Dorcas oraz wyrywał z korzeniami serce Blacka wprost z jego piersi — gorące, ruchliwe, parujące wręcz, tryskające krwią. Syriusz zadrżał wewnątrz, dostrzegając en wzrok. Gdyby jej nie znał i zobaczył ją taką w ciemnej alejce, jak mały chłopiec zmoczyłby spodnie.
                Arterton podniosła się z miejsca i starła z czoła mokre, poplątane włosy. Zestawiła się z Meadowes — schludnie wyglądającą, uśmiechniętą. Czuła się gorzej, mniej kobieco niż bardziej, ale wiedziała, że jest wygrana. Nie czuła zażenowania patrząc Blackowi prosto w oczy. Była wysoko ponad to. Nawet, jeśli bolało.
                Ruszyła przed siebie. Nie oglądała się, nie czuła trwogi ani żalu. Mocno stąpała po szarzejącej trawie, podnosząc wysoko głowę. Nie czekała, wiedząc że to co ma być, przyjdzie do niej samo, jeśli ma stać się częścią jej bytu.
                Wykrakała.
                 — Woo… — Rozpoznała ten głos. Załamała ręce, nieco zwalniając. — To było mocne.
                 — Podobał ci się trening, Eileen?
                 — Niezgorsza — odparła blondynka, zrównując się z Gemmą krokiem.
                 — Więc co było mocne? — zawahała się Arterton, przyglądając towarzyszce z niemałą konsternacją.
                 — Twój wzrok. Jesteś jak gryf.
                 — Co? — Gemma aż prychnęła. — Co masz przez to…
                 — Ty nie zabijasz od razu, ale gdybyś już musiała, to żywcem. Zadziora z ciebie, Gemmo Arterton.
                Miała już otworzyć w odpowiedzi usta. Tak strasznie ją korciło… Przecież mogła! A jednak milczała. Porównanie jej bowiem ze stworem tak bezlitosnym jak gryf było dla niej… cóż. W sercu czuła euforię, a więc musiał to być niewątpliwy komplement. Arterton spojrzała na Hood chyba pierwszy tego dnia raz z takim zrozumieniem. Jej pełne, choć nieco wyschnięte usta wykrzywiły się w siostrzanym wręcz uśmiechu, a z gardła wydostał się błogi pomruk.
                 — Gryf… Miło mi to słyszeć — odparła spokojnym głosem, który zdziwił ją dogłębnie. Nigdy nie przypuszczałaby, że w obliczu tylu nieścisłości znajdzie w sobie spokój.
                Arterton doprawdy w dziwnie lekki sposób, a zarazem szybki zaakceptowała Eileen. Może to wspólne zdanie lub wspólny „wróg” tak je zjednał? Tak czy inaczej, kolejnych parę minut spędziły pogrążone w rozmowie. Przekraczając szkolny próg Gemma poczochrała gładkie włosy Eileen, związane w dwa warkocze i uniosła wzrok na stojącą w holu Gabrielle. Za jej plecami stał Potter w towarzystwie Lily i Lupina, a także Robert, ściskający w palcach poranne wydanie Proroka Codziennego. Ich miny nie wróżyły niczego dobrego…
                Gemma przyspieszyła tylko po to, aby czym prędzej dowiedzieć się o co chodzi. To tylko przypadek, czy weszło jej już w krew omijanie wszystkiego, co naprawdę ważne?
                 — Kolejni zabici — odparł Robert, podając jej od razu gazetę. — Czułem, że jak nie przeczytam raz Proroka z samego rana, to coś się stanie.
                Arterton strzepnęła pismo i zaczęła nerwowo sprawdzać listę nazwisk. Czuła jak jej serce potwornie mocno dudni…
                 — I jak? — zapytał James. Gemma stanowczo pokręciła głową.
                 — Nikogo. Ale to niczego nie zmienia… — mruknęła, czując jak jej serce z trudem pompuje krew. Pod powiekami ciążył jej obraz nazwiska kogoś z rodziny, falującego wraz z ozdobnym tłem na stronicy Proroka Codziennego.
                 — Co się stało? — Oddalony głos zza jej ramienia był aż nazbyt znajomy. Wywróciła oczyma i oddała gazetę w dłonie Roberta. McGregor rzucił jej rozumne spojrzenie pełne współczucia.
                 — Śmierciożercy wysadzili i spalili wytwórnię zabawek w Irlandii Północnej. A na Wyspie Świętej Heleny doprowadzili do egzekucji całej rodziny — wyjaśnił Robert, przyglądając się zbliżającemu Syriuszowi. Dorcas dreptała za nim krok w krok. Na jej twarzy dostrzec można było szczere przerażenie.
                 — Daj im gazetę — wychrypiała Gemma. — Ja… muszę się chyba położyć…
                 — Gemmo, ale… — Gabrielle urwała. — To nie…
                 — Gemma!
                Właścicielka tego imienia momentalnie się rozbudziła. Jej źrenice nieco się rozszerzyły, a nozdrza aż zatrzepotały. Poznała tembr i barwę głosu, który ją zawołał. Odwróciła się niemało poruszona, wbijając wzrok w dwie sylwetki stojące blisko wejścia. W tamtej chwili nie liczyło się nawet to, że na drodze stał jej Syriusz i chcąc czy nie, musiała na niego spojrzeć. Rzuciła mu więc obojętny wzrok i minęła go, wielkimi susami wręcz pędząc ku wyjściu.
                 — Samuel! — wydusiła, zaraz rzucając się na szyję wysokiemu blondynowi, który ścisnął ją najmocniej jak mógł, zamykając ją szczelnie w uścisku szerokich ramion.
                Samuel Arterton był dojrzałym mężczyzną wiekiem sięgającym już pierwszej ćwiartki życia ludzkiego. Był niezwykle wysoki i przystojny, odziany w elegancką koszulę, figlarnie rozpiętą u szyi i granatowe spodnie z matowego materiału. Wcześniej zawieszona na jego ramieniu kamizelka spoczęła w smukłych palcach kobiety stojącej obok.
                Gemma, lądując w jego ramionach, wcisnęła wręcz palce w upiętego z tyłu głowy brata koka, odrobinę szarpiąc jego blond włosy. Potarła też policzkiem o jego zarośniętą, acz zadbaną twarz, kurcząc się aż w jego ramionach. Jej serce łopotało ze strachu o niego, zalężonego w niej jeszcze przed chwilą.
                Samuel uśmiechnął się pogodnie i dużą, szorstką dłonią pogładził plecy swej siostry. Lekko nią zakołysał.
                 — Cześć, smarku.
                Jego złote oczy pomknęły zaraz w kierunku grupki przyjaciół młodszej Arterton. Lekko pomachał im na przywitanie, a Gabrielle puścił perskie oko, na co ta zareagowała czułym uśmiechem. Kiedy jednak Samuel dotarł wzrokiem do Syriusza i dostrzegł gazetę w jego dłoniach, jego szczęka zadrżała, a czoło przeszyła zmarszczka. Lekko szarpnął dłonią na bok w geście, który oznaczał kategoryczny zakaz pokazywania gazety jego siostrze.
                Gabrielle porwała Proroka z dłoni Syriusza i schowała go za siebie. Przełknęła z trudem ślinę. Black rzucił jej uważne spojrzenie.
                 — O co chodzi?
                Hughes odetchnęła bardzo głośno. Spojrzała przyjacielowi w oczy.
                 — Pan Arterton znów się pojawił. Prorok osmarował go publicznie na całych trzech stronach.
                 — Pokaż — warknął, zasłaniając ją własnym ciałem. Sięgnął po gazetę i wlepił zaraz uważny wzrok w gruby nagłówek na górze strony.
Lord Arterton. Uciekinier, oszust czy obrońca?

________________________________________
Cześć, rybki!
Cieszycie się, że wróciłam? Minął prawie rok od mojej poprzedniej publikacji, ale mam nadzieję, że rozumiecie — w końcu czuję się fantastycznie na uczelni, nie boję się o jutro i... co najpiękniejsze, zdobyłam nowych czytelników. Również dla was, moi drodzy, dedykuję ten rozdział! Najważniejszą osobą jest oczywiście moja kochana przyjaciółka, ale wy odgrywacie tu kluczową rolę. Bez was nie byłoby mnie tutaj.
Musicie się jednak jeszcze przegłodzić — wprawdzie zaczęłam już pisać siedemnasty rozdział, ale sesja za pasem, egzaminy, zaliczenia i prace semestralne. Ale nie bójcie się, jest już maj, a do końca czerwca zleci raz dwa! I znów będę pisać, oczywiście na zmianę z rzeczami równie ważnymi.
Serdecznie przepraszam za zwłokę i możliwe niedociągnięcia w rozdziale. Był skończony już dobre dwa/trzy tygodnie temu, ale nie mogłam się zmusić do przepisania go. To chyba jakaś wiosenna depresja.
W przypadku jakichkolwiek zastrzeżeń nie bójcie się pisać otwarcie w komentarzach co jest nie tak i nie czujcie się skrępowani wytykając mi błędy! Czekam z utęsknieniem na wasze opinie.
Całuję was gorąco i życzę miłych wrażeń oraz spokojnego oczekiwania na rozdział XVII.

Dodatkowo: wyjaśnienie bajki o wężu*
Bajka o wężu dla natrętów brzmi:
sssspier... :)
Layout by Alessa Belikov